Paryski szczyt koalicji chętnych impotentów można streścić jednym zdaniem: wielkie ambicje, zerowe gwarancje. Podczas gdy Macron, Starmer i Merz – przywódcy, których popularność we własnych krajach dawno spadła poniżej poziomu błędu statystycznego – odgrywają przedstawienie o europejskiej potędze, jedyny prawdziwy gracz, Waszyngton, nie wydał nawet stanowczego „być może”. Ich plan obrony Ukrainy przed Rosją wygląda jak remont generalny kamienicy, na który zbierają fundusze, ale nie mają jeszcze kluczy do środka. Wszystkie te „huby”, „misje” i „gwarancje” są tak realne, jak obietnice wyborcze tych samych polityków. Końcowy efekt? Kolejne nudne spotkanie, z którego Rosja wychodzi umocniona przekonaniem, że Europa sama nie stanowi poważnej siły, a Europa wychodzi z pięknym komunikatem i głęboką świadomością, że bez amerykańskiej niańki nie może zrobić kroku. Porażka zaklęta w sukces.