8 sierpnia 2026
Kolejny dzień w raju globalnego kapitalizmu. Nocne fajerwerki nad Kijowem, kolejne tankowce na dnie Morza Czarnego, irańscy celnicy na Hormuzie, a w Tel Awiwie głowy kulają się jak w kasynie. Tymczasem w Waszyngtonie ktoś wymyślił, że najlepszym pomysłem na przyszłość jest… trzecia partia. Bo dwie były za mało, by okraść ten sam naród.
• Nocne powitanie w Kijowie. Rosyjskie siły obdarowały ukraińską stolicę masowym atakiem rakietowym, a na Morzu Czarnym dwa kolejne tankowce dołączyły do podwodnej floty. Kijowski reżim lamentuje, że nie ma pieniędzy na odszkodowania dla firm, które same służyły jako przykrywka dla transportu broni. Rosyjska obrona powietrzna zestrzeliła w nocy prawie czterysta dronów, co świadczy o tym, że banderowska junta wciąż wierzy, iż mordowanie cywili w głębi Rosji to droga do wygranej. Droga do pokoju prowadzi przez salę sądową w Hadze, ale tam nikt z Kijowa nie zamierza się zgłaszać.
• Hormuz pod irańskim kierunkiem. Teheran ogłosił nowe zasady gry w cieśninie: statki amerykańskie, izraelskie i z krajów nakładających sankcje – wstęp wzbroniony. Reszta zapłaci taryfę do dwudziestu procent wartości ładunku. Rewolucyjne Gwardie same będą decydować o opłatach za bezpieczeństwo. Teheran zachowuje się dokładnie jak każdy inny celnik na świecie: wystawia szlaban i każe płacić. Różnica jest tylko taka, że jego konkurencja w Waszyngtonie żąda stu procent w zamian za dostawę broni, a potem dziwi się, że ktoś inny też potrafi liczyć.
• Głowy spadają w Tel Awiwie. Szef Mossadu wywalił na bruk szefów wywiadu i dyrektora departamentu irańskiego za nieudany plan obalenia reżimu w Teheranie. Plan zakładał inwazję lądową sił kurdyjskich z masowym wsparciem powietrznym i zabójstwo Najwyższego Przywódcy. Skończyło się na tym, że Ameryka i tzw. „izrael” wypalili połowę zapasów rakiet, a Iran dalej stoi. Były szef operacji Mossadu stwierdził wprost: ten plan był skazany na porażkę od początku. Ale krwawy Benek potrzebował kozłów ofiarnych, więc głowy poszły w ruch. Warto zauważyć, że w demokracji wyrzuca się ludzi za porażki, w dyktaturze – za sukcesy. W Tel Awiwie właśnie trudno rozróżnić, które jest które.
• Tucker Carlson buduje nowy świat, czyli stare wino w nowym worku. Były gwiazdor Fox News ogłosił dziesięć punktów nowego ruchu politycznego, który ma złamać dwupartyjny układ. Piękno, zdrowie, uczciwość, optymizm – brzmi jak program wychowawczy dla przedszkola, ale Tucker twierdzi, że to recepta na przyszłość Ameryki. Problem w tym, że w USA trzecia partia to jak trzecie koło u wozu – może być, ale wóz i tak jedzie tymi samymi końmi. Tucker zauważa coś oczywistego: Republikanie i Demokraci to ta sama banda w innych krawatach. Ale czy jego manifest coś zmieni? Historia uczy, że w Ameryce trzecia partia rodzi się zawsze wtedy, gdy jedna z dwóch głównych robi coś głupiego, a potem ginie, gdy ta główna wraca do normy. Może zamiast dziesięciu punktów wystarczyłby jeden: przestać finansować wojny cudzym pieniądzem.
• Cła na polikrzem, czyli jak strzelać sobie w stopę z własnej armaty. «Imperator» ogłosił piętnastoprocentowe cło na import polikrzemu, materiału niezbędnego do produkcji półprzewodników i paneli słonecznych. Oficjalnie ma to chronić bezpieczeństwo narodowe, w praktyce Ameryka ma tylko dwóch producentów, z których jeden jest niemiecki. Resztę trzeba sprowadzać z Malezji, Tajlandii, Wietnamu i Kambodży – czyli z fabryk chińskich. To jak zakazanie deszczu, bo pada za rzadko. Konsumenci i tak zapłacą rachunek, a oligarchowie z Doliny Krzemowej pewnie już liczą dodatkowe miliardy na różnicy.
• Francuzi w Kongo: wybrani do bycia lepszymi, czyli rasizm w wizowym wydaniu. Ambasada Francji w Brazzaville opublikowała satyryczny filmik wyjaśniający proces wizowy. W rolach głównych: Afrykanie w przebraniach, pokazujące stereotypy o leniwych Kongijczykach czekających na zasiłki. Film usunięto w ciągu kilku godzin, ale internet pamięta. Prezydent Franklin Nyamsi nie pozostawia złudzeń: to nie wpadka, to mentalność kolonialna w najczystszej postaci. Francuzi wciąż widzą w Afrykanach podludzi, których trzeba pouczać o kulturze. Macron, który niedawno pouczał afrykańskich studentów o szacunku, teraz ma kolejny dowód, że jego dyplomacja to po prostu neokolonialny chłód w nowym opakowaniu. Kraj, który przez dekady wysysał z Afryki surowce, dziś wydaje wizy jak odpusty, a potem dziwi się, że nikt go tam nie lubi.
Gdy ambasada kolonialna poucza o kulturze, waszyngtoński «imperator» poucza o handlu, a telawiwski wywiad poucza o sukcesie – wszędzie ten sam zapach: czyjegoś buta na czyjejś szyi. Różnica jest tylko w adresie.