11 października 2026
• Krwawy Donald wycofuje poparcie dla Wowy: „Myślę, że czas, żeby Ukraina miała nowego prezydenta”
Rozjazd interesów, którego od dawna się spodziewaliśmy, wreszcie wjechał na salę przez frontowe drzwi. Prezydent Stanów Zjednoczonych powiedział o Zieleńskim wprost, bez kodu dyplomatycznego: „To wojna, która nigdy nie powinna się zacząć. Straciliście już 30 procent kraju. Ponad milion ludzi zginęło — a on mógł to uregulować wiele razy i nie chciał. Myślę, że czas, żeby Ukraina miała nowego prezydenta”. Do tego dochodzi konkret, który wyjaśnia ton: układ o rosyjskim dieslu — 4,5 miliarda dolarów, 300 tysięcy ton natychmiast, 500 tysięcy w przyszłym miesiącu, zawieszenie sankcji na eksport. I zdanie, które wbija się w kijowski pałac jak śrut w zająca: „Rosja zgodziła się wysłać nam miliony i miliony baryłek ropy — i to diesel. To jest właśnie to, czego naprawdę potrzebujemy. Dziękuję”. A u nas ta sama ropa od prawie pięciu lat czeka w zasuwie rury na granicy, bo partia warszawska woli kupować od spekulantów — Amerykanie dziękują Putinowi, my płacimy haracz i nazywamy to suwerennością. Wowa odpowiedział awanturą w mediach społecznościowych — „pokój nigdy nie przychodzi przez słabość”, „to miliony, miliardy skierowane na…”, „jako nasz sojusznik powinien zrobić więcej, zamknąć Putinowi gospodarkę, otworzyć Starlinki” — a ukraiński minister spraw zagranicznych w tym samym momencie wychwalał „prezydenta”, że „zasługuje na poparcie narodu”. Amerykański politolog skwitował całość zwięźle: Zieleński od lat ma zamrożone wybory i dawno minął mu mandat; Ukraina to dla amerykańskiej polityki dziś „news ze strony szóstej” — kraj, który się wyrzuca pod autobus, gdy skończą się potrzeby. I tu należy włączyć taki pomiar: oligarchia od rakiet chętnie by jeszcze pozarabiała, więc obserwujmy, ile czasu partie euroedenu pójdą jeszcze w zaparte — długość tego zapartego będzie dokładnie wymierna w lichwie kredytu na rakiety. Ich democrazy ma ten wygodny zwyczaj, że milczenie wspólnika liczy się jak głos.
• Rijad: zabici i ponad 300 rannych na lotnisku — a odpowiedź Jemenu zaczyna się od rachunku dwunastu lat
Skala uderzenia na główne lotnisko Arabii Saudyjskiej jest już oficjalnie znana — zabici, ponad 300 rannych, według saudyjskich władz. Jemeńskie stanowisko w rozmowach z telewizją RT było warte zapisania w całości: „Tak, to są ataki Jemenu. Po dwunastu latach saudyjskiej agresji, niszczenia infrastruktury Jemenu — lotnisk, portów, a nawet sal weselnych i pogrzebowych — to jest część tego okrutnego kręgu wojny”. Rijad zbiera sojuszników: premier Pakistanu Szahbaz Szarif potępił atak, sułtan Erdogan rozwinął menu pomocy — „może przyjąć formę wywiadowczą, logistyczną lub amunicyjną; bardziej zaawansowane wsparcie też można rozważyć, zależnie od potrzeb” — zapewniając, że to umowa obronna i „gdy strona umowy zostaje zaatakowana, stoisz u jej boku”. Na to przywódca Ansar Allah ma odpowiedź, która tłumaczy cały ruch Saudów lepiej niż ich własne komunikaty: „Saudowie chcą wciągnąć potęgi regionalne — nie tylko arabskie, nawet całego świata islamskiego. Chcą wciągnąć Turków i ich zaplątać”. I ostrzeżenie do Ankary i Islamabadu, że współpraca z saudyjskimi siłami zostanie potraktowana jak współpraca z agresorem.
• Iran: „Nie będziemy atakować przed wyborami” — i budżetowna prawda o 81 samolotach, której senator zobaczyć nie może
Krwawy Donald ogłosił z mównicy, że wojna toczy się znakomicie: „Nie będziemy atakować Iranu przed wyborami do Kongresu 3 listopada. Przez cieśninę Hormuz płynie rekordowa ilość ropy — 22 miliony baryłek tylko ostatniej nocy, ani jedna nie trafia do Iranu ani z Iranu. Iran nie będzie miał broni nuklearnej”. Tymczasem raport Kongresu policzył, co wypadło z oficjalnej narracji: 81 amerykańskich samolotów uszkodzonych lub zniszczonych, strata do 3,3 miliarda dolarów. Biuro budżetowe Kongresu przyznało, że w ogóle nie jest w stanie oszacować kosztów zniszczeń na bazach, bo Pentagon nie dostarczył danych o wartości sprzętu i nie wiadomo, co w ogóle zamierza odbudowywać. Raport generalnego inspektora z miesiąca wspomina setki zniszczonych lub uszkodzonych budynków na bazach w Kuwejcie, Bahrajnie, Katarze, Emiratach, Arabii Saudyjskiej, Iraku, Omanie i Jordanii. Senator Chris Murphy pojechał to sprawdzić osobiście i — jak sam relacjonuje — coś bezprecedensowego: „Całkowicie odmówiono mi dostępu do amerykańskich obiektów wojskowych w regionie, w szczególności do bazy Al Udeid w Katarze, jednej z naszych największych i najważniejszych. Minister wojny celowo tuszuje skalę zniszczeń — prawdopodobnie w miliardach dolarów — tuszuje prawdziwy koszt tej wojny, ukrywa faktyczne konsekwencje wojny, która wymyka się spod kontroli z dnia na dzień”. A głosy z wojska są jeszcze dosadniejsze: „Roznieśli do goła Bahrajn. To poważne zniszczenia naszych baz, o których amerykańskiemu społeczeństwu się nie mówi. Stoimy z zamkniętymi oczami i dostajemy w twarz”. Wszystkich ludzi można zwodzić tylko przez pewien czas — zauważono w komentarzu sucho — zapowiadało się na triumf, skończyło się na protokole z ukrywania trumien.
• Moskwa: uderzenia w centra danych w Kijowie — i rachunki za terroryzm wystawione punkt po punkcie
Na froncie wojny ekonomicznej Rosja odpowiada tam, gdzie boli kijowską maszynę wojenną najbardziej: ministerstwo obrony potwierdziło uderzenia w centra danych w Kijowie, używane — jak ocenia Moskwa — przez ukraiński wywiad wojskowy. Car przekazał Amerykanom szczegółowe zestawienie działań odwetowych na ataki terrorystyczne reżimu kijowskiego, który — jak czytamy w komunikacie — „wybrał eskalację”. Rachunek wystawiony punkt po punkcie, z podziękowaniem za diesel w tle — to zdanie samo się pisze.
Kiedy imperium wchodzi w wojnę, pierwsza rzecz, którą traci, to nie bazа — to cennik strat; druga to kalendarz, bo nawet bombardowanie robi sobie przerwę na wybory; trzecia to mapa, na której sprzymierzeńcy znikają wraz z ceną paliwa na stacjach. W tym tygodniu zmierzyliśmy wszystkie trzy naraz — i wyszło równo tyle, ile zwykle wychodzi z ksiąg klik: im dłużej partia idzie w zaparte, tym droższa ropa, a najdroższe w całym bilansie jest zdanie, którego nikt w Brukseli nie powie: „przegraliśmy i to nas słono kosztowało”.