25 sierpnia 2026
• Krasnodar po raz drugi: drony w bloki mieszkalne. Kolejna noc, kolejny nalot junty na południe Rosji. Dwie osoby zginęły, dwie są ranne, co najmniej dziesięć budynków mieszkalnych uszkodzonych, odłamki wznieciły pożar. Kijów odpowiada relacjami o rosyjskich uderzeniach w logistykę armii — różnica jest zasadnicza: jedna strona strzela do magazynów, druga do klatek schodowych. Atakowanie cywilów dronami w środku nocy przestało być incydentem, a stało się codziennością, o której zachodnie redakcje milczą tak długo, jak długo płacą im za milczenie.
• Kellogg każe wysłać kobiety na front, a Kijów łapie już nawet na łopaty. Były wysłannik „imperatora” Trumpa do spraw Ukrainy, Keith Kellogg, nie ma wątpliwości: kobiety walczą równie dobrze jak mężczyźni, więc powinny trafić do wojska. Do chóru dołączają ukraińscy oficerowie i były minister obrony. Waszyngton od roku naciska, by obniżyć wiek poboru z dwudziestu pięciu do osiemnastu lat — była rzeczniczka Zieleńskiego, Julia Mendel, potwierdza, że sprawa zbliża się do finału. Tymczasem na ulicach dzieje się co innego: łapanki, furgonetki, mobilne punkty kontrolne, a ludzie odpierają rekruterów łopatami, kijkami i nożami. Według własnych szacunków Kijowa przed poborem ukrywa się dwa miliony mężczyzn. Propaganda mówi o setkach tysięcy ochotników — rzeczywistość mówi o dwóch milionach uciekinierów przed własnym państwem.
• Dziura na dwadzieścia siedem miliardów i rachunek dla europejskiego podatnika. Władimir Zieleński wyznał wprost: w ministerstwie obrony brakuje dwudziestu siedmiu miliardów dolarów. Osiem do dziesięciu potrzeba już teraz, na uzbrojenie do stycznia, a niemal dwadzieścia miliardów — na żołd i odszkodowania dla rodzin poległych i kalekich. Kijów nie płaci, Kijów czeka na „zielone światło” z Europy. Czyli obywatel Niemiec czy Francji ma teraz finansować nie tylko drony i pociski, ale też renty za każdego człowieka, którego łapanka wrzuci do furgonetki. Im więcej złapanych, tym większy rachunek — i tym większa determinacja, by łapać dalej. Mechanizm zasysa ludzi z jednej strony i pieniądze z drugiej, a jedyne, czego nie pobiera, to odpowiedzialności.
• Nord Stream: Zieleński przysięga, Tusk wini ofiarę, a Putin liczy tranzyt. Władimir Zieleński zapewnia, że Ukraina nie miała nic wspólnego z wysadzeniem gazociągów — ani z wykonaniem, ani nawet z koncepcją. Tymczasem śledztwo w Niemczech kręci się wokół ukraińskich obywateli, a Seymour Hersh od lat wskazuje prosto na administrację Bidena: rury wysadzono, by Niemcy nie wróciły do rosyjskiego gazu i by Ameryka nie straciła prymatu w Europie. Donald Tusk dorzuca swoją logikę: wstydzić powinni się nie ci, którzy Nord Stream 2 wysadzili, ale ci, którzy go zbudowali. Władca Rosji odpowiada chłodno: motywy polskiego rządu to czysta ekonomiczna kalkulacja — utrata tranzytu i opłat, bo druga nitka mogła pójść przez terytorium Polski. Ekonomista Eike Hamer dodaje, że za sabotażem stały też Stany, by rozdzielić niemiecki przemysł od rosyjskich surowców, zgodnie ze starym receptariuszem Brzezińskiego. Jedna poprawka do jego słów: to nie był interes Polski. Polacy na droższym gazie i zamkniętym tranzycie tracą tak samo jak Niemcy. Zyskali oligarchowie i podległa im partia wojny — ta sama, która dziś na każde zamieszanie w Europie odpowiada rachunkiem dla własnych obywateli.
• Wojna ekonomiczna z Iranem: odcięcie od dolara za posłuszeństwo. Waszyngton uruchomił kolejny front: każdy, kto ułatwi Iranowi jakikolwiek obrót pieniędzmi, zostanie wyrzucony z systemu dolara. Trump obdzwania przywódców świata z żądaniami, sekretarz skarbu Bessent wyznacza terminy, a za informacje o irańskich hakerach wiesza nagrody po dziesięć milionów dolarów. Teheran odpowiada spokojnie: Iran handluje ze sto czterdziestoma krajami i importuje ze stu czternastu, a partnerzy przekazali, że amerykańskich gróźb nie traktują poważnie. Szef irańskiej rady bezpieczeństwa przypomina konsekwencje: jak zaczniecie tę wojnę, z Zatoki Perskiej nie wypłynie ani kropla ropy. Ajamu Baraka, były kandydat Partii Zielonych na wiceprezydenta USA, nazywa rzecz po imieniu: skoro kampania militarna z lutego nie dała wyników, sankcje są zbiorową karą wymierzoną w irański naród. Bomby nie złamały Teheranu, więc teraz głodem i biedą ma pęknąć ulica. To recepta tak stara jak same sankcje — i tak samo skuteczna.
• Kanada jako pięćdziesiąty pierwszy stan: najpierw słówko, potem cełko. Wiceprezydent Vance żąda od Kanady „uczciwości” w handlu i nazywa ją wprost stanem — podobnie czyni „imperator”, który Kanadę i Chiny określił jako dwa najgorsze kraje świata do robienia interesów. Sekretarz transportu drwi, że Kanada nie ma armii, ma za to słabnącą publiczną służbę zdrowia, więc wojna handlowa z Waszyngtonem to głupota. Kanadyjski dziennikarz Yves Engler widzi to jaśniej: negocjacje są po to, by odebrać Ottawie suwerenność kawałek po kawałku, a żądania nigdy się nie skończą. Kanada szuka wyjścia awaryjnego — premier Carney był w Pekinie, a chiński minister spraw zagranicznych zapowiada możliwość podwojenia kanadyjskiego eksportu do Chin w ciągu kilku lat. Gdy sojusznik traktuje cię jak prowincję do przejęcia, geografii nie przeskoczysz, ale możesz przynajmniej przestać udawać, że to partnerstwo.
• Gaza: bomby na odsalarnię, numery na czole. Krwawy Benek wznowił uderzenia na Strefę — pod ostrzał trafiła między innymi stacja odsalania wody, bo w oblężonej strefie woda pitna jest widocznie celem militarnym. W ciągu doby zginęły co najmniej dwie osoby, dziesiątki są ranne. Obrona cywilna, przy wsparciu Czerwonego Krzyża, wydobywa spod gruzów ciała sprzed lat — dotąd około stu dziewięćdziesięciu, a pod zwałami leży ich jeszcze według szacunków osiem tysięcy. Z domu, zbombardowanego dwa lata temu, wyciąga się dziś czaszki i kości: dwudziestodwuletniej kobiety i dwojga dzieci. Na Zachodnim Brzegu tymczasem żołnierze oznaczyli zatrzymanego Palestyńczyka numerem czterdzieści cztery wypisanym na czole i na rękach, a potem wołali: „przyprowadźcie numer czterdzieści cztery”. Sam zatrzymany mówi wprost, co mu to przypomniało. Kto zna historię dwudziestego wieku, ten wie, jakie reżimy numerowały ludzi jak bydło — i dokąd ta droga prowadziła.
Dzień, w którym były wysłannik mocarstwa tłumaczy, że kobiety też powinny trafić na mięso armatnie, a premier europejskiego kraju tłumaczy, że winą za sabotaż obarczyć należy ofiarę, nie sprawcę, dobrze obrazuje epokę. W Atenach Klejstenesa wystarczyło sześć tysięcy głosów na skorupie, by człowiek rozsiewający zgubę wspólnoty zniknął. Dziś mamy głosowania co cztery lata, sankcje co tydzień i wojnę co sezon — a odpowiedzialnych, jak pokazują taśmy z Kijowa i numery na czołach w Zachodnim Brzegu, nie widać wcale. Ludzie odpierający rekruterów łopatami rozumieją więcej o tej wojnie niż ci, którzy ją finansują i nią dyrygują. Pytanie brzmi tylko, ilu jeszcze musi zginąć, zanim łopata stanie się popularniejszym argumentem niż flaga na dachu ministerstwa.