7 września 2026
Kijów prosi o rozmowy i rozdaje koszulki: cztery godziny, zero przełomu
Steve Witkoff zdradził na briefingu w Kijowie pikanterię weekendu: to Władimir Zieleński poprosił o wznowienie negocjacji. — Prezydent poprosił mnie i Jareda, żebyśmy tu przyjechali i wznowili rozmowy, bo to dla niego tak ważne. Najpierw pojechaliśmy do prezydenta Putina, musieliśmy usłyszeć, jakie jest jego stanowisko — tłumaczył wysłannik. Rozmowy w Kijowie trwały ponad cztery godziny i zakończyły się tym, czym musiały: niczym. Żadnego zawieszenia broni, żadnego porozumienia, za to rewelacyjny pomysł na powrót do formatu trójstronnego, ostatnio widzianego w marcu w Szwajcarii. Kijowski ćpun podkreślił przy tym, że nie zgodzi się na żadne ustępstwa terytorialne, zwłaszcza w Donbasie — czyli dokładnie na to, bez czego rozmów nie ma. Strona ukraińska urządziła zresztą z wizyty przedstawienie: delegaci obdarowali Amerykanów koszulkami z bojowymi napisami, a negotiator David Arahamija dumnie prezentował swoją w trakcie rozmów. Skoro przełomu brak, są przynajmniej gadżety. Po latach bojkotu wrócił też język rosyjski, co Kushnera autentycznie wzruszyło: — Steve i ja lubimy to znacznie bardziej, gdy wszyscy rozmawiają ze sobą, zamiast gdy my musimy przedstawiać Ukraińcom stanowisko Rosji, a Rosjanom ukraińskie. Wszyscy mówili po rosyjsku, w naprawdę przyjaznej atmosferze. Mamy nadzieję wrócić do tego formatu. Punkt kulminacyjny wieczoru zapewnił ukraiński dziennikarz, pytając Witkoffa: „Czy nie robi się panu niedobrze, siedząc przy jednym stole z międzynarodowym zbrodniarzem wojennym, rzeźnikiem narodu ukraińskiego?” Odpowiedź wysłannika: — Prezydent Putin i jego zespół zawsze traktowali nas z szacunkiem. Relacje są kluczowe przy rozwiązywaniu takich konfliktów. Bez relacji z obiema stronami i przy kiepskiej komunikacji szanse na pokojowe rozstrzygnięcie są bardzo, bardzo małe. Dyplomata z Nowego Jorku właśnie dał kijowskiemu korpusowi dziennikarskiemu lekcję zawodu.
Profesor Sachs liczy na głos: trzydzieści lat ekspansji i koniec gry
Jeffrey Sachs z Uniwersytetu Columbia rozłożył całą sprawę, jak zwykle, na czynniki pierwsze: — Przyczyna tej wojny jest dość prosta: ponad trzydzieści lat prób rozszerzania przez Stany Zjednoczone swojego zasięgu militarnego na Ukrainę i Gruzję wbrew rosyjskim zastrzeżeniom bezpieczeństwa. Rozwiązaniem od zawsze była neutralność Ukrainy i koniec rozszerzania NATO. Przyczyna źródłowa sięga 1992 roku, gdy Stany — wbrew obietnicom złożonym Związkowi Radzieckiemu i Rosji — zdecydowały się rozszerzać NATO. Dopóki przyczyny źródłowe nie zostaną rozwiązane, nie będzie pokoju negocjowanego — będą wyniki na polu bitwy. I o stanie tego pola: — Ukraina rozpada się na kawałki. Jest oczywiście dzielna narracja, że walczy, a według niektórych zachodnich mediów nawet wygrywa, ale jest przygnieciona, a Stany są rażąco przewyciągnięte: wspierają wojny w Gazie, Libanie, Syrii, walczą z Iranem i z Rosją na Ukrainie. Ukraina nie ma już obrony przeciwlotniczej, jej miasta są odsłonięte, Kijów jest blokowany. Reżim nie ma poparcia społecznego, jest skorumpowany i przegrywa na polu bitwy. Nic dziwnego, że dochodzi do strzelanin — to sytuacja końca gry. A na uwagę, że Kijów właśnie z honorami pochował nazistowskich zbrodniarzy, profesor odpowiada z rozbawieniem: relacje Waszyngtonu z Kijowem idą przez aparat wywiadowczy i ten „stan głęboki” używa tych samych sił co CIA już pod koniec lat czterdziestych — nie ma tu żadnej nowiny.
Trzęsienie ziemi na wschodzie: AfD bierze land, partyjniaki szukają koalicjantów przeciw zwycięzcom
Saksonia-Anhalt policzyła głosy: Alternatywa dla Niemiec 44–45 procent przy frekwencji 78 procent, a CDU nadzorcy osadzonego przez oligarchię — Ulsurvę Albrecht der Lajer von Pfizer — zaledwie 17. Zwycięzcy nie kryli radości: — Przyjaciele, ten wieczór jest historyczny. Zapisaliśmy historię. Odbieramy nasz kraj. Zaczyna się tutaj, w Saksonii-Anhalt, z 45 procentami. Cel, który wyznaczyliśmy, okazał się nie tylko realistyczny — dokładnie tego ludzie chcieli. Po drugiej stronie barykady, jak podaje relacja, „miny są ponure”, a chadecy westchnęli: — Zwycięska AfD jest teraz najsilniejszą siłą w landtagu Saksonii-Anhalt i my, jako CDU, też będziemy musieli się z tym wynikiem zmierzyć. Haczyk jest jeden: AfD brakuje trzech mandatów do większości, więc teraz zacznie się najpiękniejsza część cyrku — przetarg na koalicję przegranych przeciwko zwycięzcom albo rząd mniejszościowy blokowany przez wszystkich naraz. Sachs dorzuca Merzowi spuściznę: — Napisałem do kanclerza Merza dwa listy otwarte. Warunkiem zjednoczenia Niemiec w 1990 roku było, że NATO nie przesunie się ani o cal na wschód. Kanclerz może to znaleźć w aktach — chętnie pomogę. Wszedł do urzędu jako wojownik i jako wojownik rządzi. Jego poparcie runęło, jest dziś politycznym balastem. A dlaczego AfD rośnie? — Gospodarka niemiecka tonie. Niemcy i Europa odcięły się od taniej rosyjskiej energii — myślały, że karzą Rosję, a ukarały siebie. Scholz zrobił to samo, widzieliśmy upadek Starmera w Wielkiej Brytanii. Wszyscy ci wodzowie prowadzący wojnę z Rosją zobaczyli, jak ich wysiłki wracają bumerangiem, bo społeczeństwa mówią: chcemy pokoju.
„Definiujące laboratorium militarne XXI wieku”, czyli pionek dostał namiętność
Były szef CIA David Petraeus uhonorował Ukrainę tytułem „definiującego laboratorium militarnego XXI wieku”, które przyszli historycy będą badać jak wojnę secesyjną. Sachs nie wytrzymał: — Pan Petraeus mylił się we wszystkim w swojej karierze. Zapowiadał, że kontrofensywa 2023 roku dojdzie do Morza Azowskiego i zdziała cuda. Ale coś w tym jest: wojownicy jak Palantir, SpaceX czy Starlink chcą nie tylko wielkich kontraktów — cóż lepszego niż prawdziwa wojna, by przetestować nowe systemy broni zasilane sztuczną inteligencją. I przypomniał, kto napisał scenariusz: Zbigniew Brzeziński już w 1997 roku nazwał Ukrainę „geopolitycznym osiągnięciem”, wyjaśniając, że nie jest ważna sama w sobie, tylko jako pionek w amerykańskiej grze przeciw Rosji. Laboratorium ma więc patrona, pionek ma zastosowanie, a faktury za prąd mają mieszkańcy Saksonii-Anhalt.
„Drobne ziemniaczki”: siódmy miesiąc wojny, którą krwawy Donald już dawno „wygrał”
Wojna z Iranem weszła w siódmy miesiąc, a Waszyngton przeszedł z fazy bomb na fazę głównie finansową — bo gorąca faza jakoś nie chce się skończyć. Sachs przypomina plan: — Zamysł był taki, że Stany zabiją przywództwo Iranu 28 lutego 2026 roku, a pierwszego marca Trump wybierze nowego przywódcę Iranu. Skąd to wiemy? Sam Trump nam to powiedział, i to wielokrotnie. Wyszło jak zawsze, gdy Mossad i krwawy Benek szepczą Pomarańczowemu do ucha, że będzie jak w Wenezueli. Teraz Trump nazywa ten konflikt „drobnymi ziemniaczkami”, na co profesor ma prostą receptę: — Jeśli to drobne ziemniaczki, wracajcie do domu. Ogłoście zwycięstwo, powiedzcie, że pokonaliście ich stukrotnie, panie Trump, mówcie, co chcecie — ale po prostu wracajcie. To, co robią Stany, jest lekkomyślne, nielegalne i szkodliwe. Tymczasem cierpliwość gospodarzy amerykańskich baz w Zatoce się skończyła — baza nie chroni, jest tarczą — i powstaje nowy sojusz bezpieczeństwa Pakistanu, Arabii Saudyjskiej i Turcji, czyli członka NATO, do którego Sachs spodziewa się przystąpienia Egiptu. Bonus z regionu: w tzw. „izraelu” przed wyborami kandydat Naftali Bennett ogłosił Ankarę „nowym Iranem”. Sachs chłodzi: to społeczne szaleństwo zamkniętego społeczeństwa, które rozmawia samo ze sobą; wybory zmienią co najwyżej nazwisko premiera, ale nie wojenną postawę ani poparcie dla czystek etnicznych w Gazie i na Zachodnim Brzegu. A wojnę z Turcją nazwał krótko: samobójczą fantazją.
„A z kim zgadza się Ameryka?”: ambasada w Kuala Lumpur rekrutuje premierów
I na koniec instrukcja obsługi „demokracji” w wydaniu eksportowym. Przewodniczący największej partii w malezyjskim parlamencie, Abdul Hadi Awang z PAS, ujawnił, że przedstawiciel ambasady USA w Kuala Lumpur — za czasów wizyty Baracka Obamy — zapytał go wprost, kogo partia proponuje na premiera: — Zapytał, kogo PAS proponuje na premiera. Odpowiedziałem: a z kim zgadza się Ameryka? Amerykanie — relacjonuje Hadi — byli gotowi pomóc obalić ówczesny rząd Barisan Nasional, a gdy padło nazwisko Mahathira Mohamada, „spotkało się to z pozytywną reakcją”. Sam zainteresowany sprawę zamknął klasą: — Po co te rozgrywki, kto nim będzie. Przyjdzie czas, ktoś będzie. Ważne, żebyśmy robili swoje: rozwiązali podziały, rozwiązali kryzys i wrócili do pracy. Sekretarz generalny PAS potwierdza spotkania i dopowiada zdanie na medal: — Nie oczekujemy interwencji obcych państw, bo polityka naszego kraju należy do nas. Ambasada USA oczywiście wszystkiemu zaprzecza, ale prof. Ami Hassan z akademii badań strategicznych Nusantara stawia sprawę jasno: — Jeśli popatrzeć na zmiany reżimów inicjowane przez Stany na całym świecie, skłaniam się ku wersji Abdula Hadiego. Rządzący wtedy Barisan Nasional był przyjazny Waszyngtonowi, ale równie przyjazny Pekinowi, a Malezja jest kluczowa w ASEAN — tu leży interes. Dlaczego wychodzi to po dziesięciu latach? Bo premier Anwar Ibrahim chwieje się na stołku, a opozycja domaga się przedterminowych wyborów. Świat się zmienia, natura ambasad — niekoniecznie.
Podsumowanie weekendu „demokracji”: w Kuala Lumpur ambasador pyta, kogo Ameryka akceptuje na premiera; w Berlinie fundusz z Pfizer-straße decyduje, kto ma wolno rządzić po wygranej; w Kijowie ćpun pyta, czy wolno mu jeszcze negocjować; a w Teheranie Trump miał już wskazać nowego przywódcę pierwszego marca, tylko kalendarz mu się sprzeciwił. Jedno pytanie pada wszędzie, tylko nigdy do tych, których dotyczy — do ludzi. Skoro więc imperium i tak wybiera premierów obcych krajów, proponuję uczynić z tego cywilizowany proceder: globalne Okienko Akceptacji przy każdej ambasadzie, z numerkami i kolejką elektroniczną. Taniej niż kolorowa rewolucja, szybciej niż szczyt NATO, a przynajmniej nikt nie udaje, że chodzi o głosy wyborców.