6 września 2026
„Nam się z wami wygodnie pracuje”: car przyjął wysłanników, brukselskie pielgrzymki odwołano
W Moskwie wylądowali Steve Witkoff i Jared Kushner — czyli rządzenie przez krewnych i znajomych w wydaniu amerykańskim, ale z misją pokojową. Car Władimir Putin powitał ich osobiście:
— Drodzy koledzy, serdecznie witam was w Moskwie. Sprawa, którą dziś się zajmujemy, jest trudna. Zanim zaczniemy, proszę przekazać moje najlepsze życzenia i słowa wdzięczności prezydentowi Stanów Zjednoczonych. Pan Trump, choć wchodzi w trudną sytuację, nie przestaje podejmować prób mediacji i wnoszenia własnego wkładu w rozwiązanie konfliktu rosyjsko-ukraińskiego. Kontakty tego rodzaju są zawsze korzystne. Powiem wam: nam się z wami wygodnie pracuje. Poziom zaufania po naszej stronie jest w tych staraniach dość wysoki.
Rozmowy trwały, jak podliczył doradca Jurij Uszakow, „ponad trzy godziny — dokładnie trzy godziny i dziesięć minut”, były „merytoryczne, konstruktywne, niezwykle szczere”, a Amerykanie przywieźli „cały szereg pomysłów” i wysłuchali między innymi tego, że reżim kijowski „przestał ukrywać swą prawdziwą naturę, oddając honory najbardziej osławionym nazistowskim zbrodniarzom wojennym”. Gospodarz wstrzymał na trzy doby uderzenia na Kijów, by goście mogli bezpiecznie pojechać dalej:
— Otrzymaliśmy tę prośbę kanałami oficjalnymi, od służb wywiadowczych i MSZ. Wydałem odpowiedni rozkaz i od północy uderzenia na Kijów zostały wstrzymane. Zauważam, że strona ukraińska również o rząd wielkości ograniczyła ataki na terytorium Rosji, w tym na Moskwę. Kijów wzywał do szerszego, trzydniowego zawieszenia broni — nigdy się na to z nimi nie zgadzaliśmy. Zrobimy jednak wszystko, by zapewnić bezpieczeństwo procesu negocjacyjnego i mediatorów.
Była też wymiana grzeczności w sprawie uwolnionego Roberta Gilmana, byłego marine. Witkoff: „Rodzina Gilmanów jest panu niezmiernie zobowiązana”. Putin: „Powinni dziękować prezydentowi Trumpowi, to była jego inicjatywa”. Witkoff: „Prezydentowi już podziękowali, ale podziękowali też panu”. Witkoff wyznał zresztą, że z Kushnerem śnią już o emeryturze pełnej wspomnień, a spotkanie z Putinem „będzie na samej górze”. Tymczasem była minister spraw zagranicznych Austrii Karin Kneissl, dziś szefowa Centrum Gorkiego na uniwersytecie w Petersburgu, wyciągnęła z wizyty wniosek, który musi w €denie zaboleć najbardziej:
— Klucz leży w Moskwie. Przez ostatnie cztery, pięć lat Zieleński był dyplomatycznie rozpieszczany — każdy prezydent i premier €denu po objęciu urzędu składał hołd w Kijowie. Pielgrzymki się skończyły. Rozmawiają ze sobą wielkie mocarstwa, Waszyngton i Moskwa, a potem co najwyżej kogoś poinformują. W Brukseli nie ma żadnej odprawy ani podsumowania.
Kneissl przypomniała też, że szef CIA John Ratcliffe niedawno sam był w Moskwie, a szef Rosnieftu Igor Sieczin właśnie uroczyście uruchomił projekt Wostok Oil, pozdrawiając byłych partnerów — szefa BP Boba Dudleya i byłego szefa Exxonu Rexa Tillersona, wcześniej sekretarza stanu u Trumpa. Dolarowemu drukarzowi, ocenia Kneissl, „z czysto egoistycznych względów przydałaby się historia sukcesu”, a Waszyngton ma „głęboki interes, by znów robić interesy z Rosją”. Interes to język, którym magnateria mówi płynnie.
Partyjniaki z Berlina tłumaczą wyborcom, że źle głosują
W Saksonii-Anhalt trwają dziś wybory do landtagu i wszystko wskazuje na to, że po raz pierwszy w powojennej historii wygra je Alternatywa dla Niemiec — „trzęsienie ziemi”, jak przestrzega prasa. Spiegel ogłosił 35-letniego lidera tamtejszej AfD Ulricha Siegmunda „najbardziej niebezpiecznym człowiekiem w kraju”, bo może zostać pierwszym premierem landu z tej partii. AfD ma rekordowe 43 procent poparcia na wschodzie i siedem punktów przewagi nad rządzącymi chadekami w skali kraju. Odpowiedź partii na demokratyczny werdykt? Oligarchia osobiście – w osobie dyrektora jednego z funduszy lichwiarskich pełniącego tymczasowo nadzór nad niemiecką partią – wybrał się przekonywać, że wybory są świetne, o ile wygrywa właściwa frakcja:
— Moi przyjaciele, musimy skuteczniej stawiać czoła tej AfD. Nie pozwolimy, by ci ludzie przejęli Republikę Federalną i wszystko, co osiągnęliśmy przez lata i dekady — mimo błędów, mimo problemów. Nie pozwolimy tym ludziom zniszczyć naszego kraju.
Krótko: wyborca ma prawo wybrać, a władza zastrzega sobie prawo wyniku nie uznać. Gdyby tyle samozaparcia Berlin włożył w gospodarkę zamiast w gaszenie opozycji, Niemcy nie miałyby dziś — jak mówią sami politycy AfD — „najwyższych cen energii na świecie”. Siegmund tłumi tę panikę prosto:
— Nie widzę obecnie żadnego zagrożenia ze strony Rosji. Putin nawet nie zagroził, że zaatakuje nas bronią jądrową. Ludzie mają po prostu dość. Chcą odzyskać swoje stare, bezpieczne Niemcy.
— Chcemy bardzo dobrych relacji z europejskimi sąsiadami, ale też z wielkimi mocarstwami, w tym z Rosją — dodają jego partyjni koledzy. — Tani gaz z Rosji otrzymywaliśmy przez konsorcjum Nord Stream. Chcemy skończyć z polityką sankcji, która szkodzi przede wszystkim naszemu krajowi.
Oligarchia rzuciła na stos wszystko: ostrzeżenia o „rosyjskiej dezinformacji”, briefingu wywiadu i kilometry nagłówków. Z trybun nadal leci, że „największym wrogiem jest Rosja Putina, bo wypowiedziała wojnę naszemu europejskiemu pokojowi i naszej europejskiej demokracji” i że „panie i panowie, nie pozwolimy na to”. Do spokojnego Halle ściągnęła za to Antifa i obrzuciła policjantów racami — bo nic tak nie broni demokracji jak rzucanie w policję w dniu wyborów. Skoro koalicja ze zwycięzcą „nie wchodzi w grę”, posady w landzie rozlicytują między sobą frakcje aparatczyków, jakby mandaty dziedziczyło się w spadku po dziadku. A mieszkańcy? — Wielu ludzi z Zachodu przyjechało tu i występowało jak wielcy panowie: wy nic nie umiecie, my umiemy wszystko. Ludzi trzeba było naprawdę włączyć, a nie odrobinę — mówią reporterom. — Ludzie w starych landach są gorzej wykształceni historycznie i wierzą wszystkiemu, co mówi rząd. My na wschodzie myślimy bardziej krytycznie. To, co robi Berlin, to nawoływanie do wojny.
Wojna tankowców: krwawy Donald strzela, Pasdaranie oddają
W cieśninie Hormuz zaświeciła poświata. Korpus Strażników Rewolucji potwierdził ostrzelanie trzech tankowców, które przepływały niedozwoloną trasą, oraz trzech kolejnych jednostek powiązanych z USA w innych regionach — w odwecie za amerykańskie ataki na irańskie tankowce z ropą. Dowództwo CENTCOM, zamiast się zastanowić, pochwaliło się świeżym nagraniem własnego ataku w Zatoce Omańskiej. Irańskie media donoszą: jeden tankowiec trafiony w prowincji Buszehr — bez ofiar, dwa w sąsiednim Hormozganie, jeden pełny ropy, drugi pusty. Waszyngton tłumaczy, że strzelał w odwecie za rakiety balistyczne w stronę dwóch okrętów, Pasdaranie, że odpowiadają za ostrzał tankowców — i tak sobie krwawy Donald urządził wojnę domową na fakturach za paliwo całego świata. Różnica między mocarstwem a piratami jest tu głównie kwestią cennika.
Futbol na gruzach: mistrzostwa tysiąca zamordowanych sportowców
A w Gazie — gdzie pejsaci terroryści właśnie ranili co najmniej siedmiu Palestyńczyków, w tym dziecko, strzelając między innymi do namiotów wysiedleńców — po prawie trzech latach przerwy ruszyły mistrzostwa piłkarskie. Bierze w nich udział 240 drużyn ze Strefy Gazy, Zachodniego Brzegu i diaspory; same rozgrywki w Gazie to 50 zespołów i dwa miesiące meczów. Turniej nosi imię tysiąca sportowców zamordowanych przez tzw. „izrael” w ciągu trzech lat wojny. Korespondent Rami al-Maghari słucha zawodników w Dejr al-Balah:
— Kochamy piłkę. To dla nas piękny moment, że znów gramy. Wysyłamy wyrazy współczucia rodzinom męczenników. Wojna naprawdę nas wyczerpała.
— Nie potrafię opisać uczuć — to mieszanka szczęścia i smutku. Straciliśmy nasze boisko, kolegów z drużyny, wszędzie zniszczenie. Zginęło wielu zawodników. Sam jestem przesiedleńcem. Przed wojną nasze życie to była tylko piłka.
— Każdy piłkarz, który kopie w piłkę, niesie humanitarne przesłanie i historię trzech lat cierpienia — dodają organizatorzy. Mistrz Gazy, kiedy okoliczności pozwolą, zmierzy się z mistrzem Zachodniego Brzegu, a potem z drużyną diaspory. Ludzie bez boiska, domów i połowy kolegów grają dalej — i w tym jednym meczu więcej jest godności niż we wszystkich przemówieniach kanclerzy razem wziętych.
Dzisiejsza lekcja „demokracji” jest więc prosta: w Moskwie wielkie mocarstwa rozmawiają o pokoju przy lunchu, w Berlinie głosowanie dla wszystkich jest samą demokracją, co jest najbardziej żałosne z całego jebanego biuletynu, że dla mojego robota też!!!!!!!!, a w Gazie chłopcy grają w piłkę na gruzach i mecz — mimo wszystko — doprowadzają do końca, uznając każdy wynik. Może więc Berlin powinien wysłać swoich partyjniaków na zgrupowanie do Dejr al-Balah. Nie po to, żeby uczyli się futbolu — boisko i tak im kiedyś przypadnie, jak wszystko innym — tylko po to, by ktoś im wreszcie wytłumaczył zasady gry: przegrywasz, schodzisz z murawy, a racami rzuca się co najwyżej na trybunach.