8 Września 2026

8 września 2026
Prokurator generalny ucieka z tonącego imperium call-center
Kijowskie targi korupcyjne weszły w fazę, w której ratuje się, kto może: prokurator generalny Rusłan Krawczenko złożył rezygnację kilka dni po tym, jak NABU i SAP przeszukały jego urząd. Powód podał z gracją tonącego: — To decyzja polityczna i podjąłem ją świadomie. Nie chcę, by stanowisko prokuratora generalnego było wykorzystywane jako narzędzie politycznej konfrontacji. Moje stanowisko wobec zarzutów pozostaje niezmienione. Jeszcze przed decyzją zapewniał dziennikarzy po spotkaniu z Zełeńskim, że „legalnie udzielił odpowiedzi na wszystkie pytania dotyczące rodziny, sytuacji finansowej i wydatków”. Zarzuty dotyczą ochrony oszukańczych infolinii — według śledczych działa ich na Ukrainie jakieś dwa tysiące, połowa płaci urzędnikom za ochronę, a roczny obrót tego rynku to około 240 milionów dolarów. Podejrzany o zarządzanie systemem jest podwładny Krawczenki, szef wydziału cyberprzestępczości — ten sam, którego NABU nagrało, jak telefonuje do prokuratora generalnego: — Szefie, dziękuję bardzo. Nikt mi nie dokucza. Kto by mi dokuczał? Szef mnie kryje, wszyscy to wiedzą. Super się buduje imperium, jakie zbudował szef. Do kompletu dochodzi dama o ksywce Muza, współpodejrzana o pranie pieniędzy, której taśma o kasowaniu zdjęć z Instagrama przejdzie do klasyki gatunku: — Jak teraz zacznę wszystko kasować, to musiałabym skasować wszystko. Zegarki, bransoletki, torebki — wszystko by poszło. No i futro też. Widać przecież, że to nie jest tanie. I to jest cała junta w pigułce: imperium, w którym największą tragedią wojny jest konieczność usunięcia zdjęcia futra.
Berlin zamyka konsulaty, Ławrow otwiera podręcznik historii
Moskwa zamknęła konsulat generalny Niemiec w Petersburgu i ośrodki Instytutu Goethego w całej Rosji, a ich pracownicy mają kilka dni na opuszczenie kraju — to lustro za zamknięcie przez Berlin rosyjskiego konsulatu w Bonn i Domu Rosyjskiego w Berlinie oraz zaostrzenie wiz. Cała eskalacja od miesiąca kręci się wokół drona, który miał się pojawić przy ukraińskim samolocie towarowym na lotnisku w Lipsku: Berlin uznał, że „ma podstawy sądzić”, iż to robota Rosji, dowodów nie pokazał, ale wyciągnął wnioski. Minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow nie szczędził słów:
— Zdecydowali, że mogą nas obwinić o kolejny incydent. Znaleźli jakiś dron na lotnisku w Lipsku i oświadczyli, że to rosyjski dron. Nikt tego incydentu nie zbadał. To w istocie początek prawdziwej wojny. Wydalili naszego konsula generalnego z Bonn i ogłosili zamknięcie Domu Rosyjskiego w Berlinie. Pamiętam, że przed Wielką Wojną Ojczyźnianą Niemcy również zamykały swoje placówki dyplomatyczne w naszym kraju. Nie trzeba długich wyjaśnień, że ta gra jest absolutnie nie do przyjęcia. Oni chcą wojny. Zapowiedzi kanclerza Merza, że uczyni Niemcy pierwszą potęgą militarną Europy, są realizowane. On chce nam wypowiedzieć wojnę. Lekcje historii nie zostały odrobione. Okazuje się, że przerzuty nazizmu zaczynają wychodzić na jaw.
Berlińska odpowiedź brzmi: „Jaka naiwność? Dokonaliśmy jednoznacznej atrybucji, zajęło nam to cztery tygodnie. Jest jasna, niepodważalna, prawnie rzetelna” — a zatem wszystko jasne, tylko dowodów nie widać. Głos rozsądku podnosi przewodniczący AfD: — Niemcy i Rosjanie nie są wrogami. Wstydzę się za czołowych niemieckich polityków, którzy bez dowodów chcą obwiniać Rosję o atak drona w Lipsku. Chciałbym, żeby rząd zareagował z takim samym oburzeniem, gdy wysadzono nasze rurociągi. Ale nie powiedzieli nic i do dziś nie wykazali zainteresowania zbadaniem tego aktu terroru, tego aktu wojny przeciw niemieckiej infrastrukturze, który przyniósł miliardy strat. A redaktor niemieckiego biuletynu gospodarczego dopowiada, o co w tym wszystkim chodzi: — Merz pracował dla BlackRock, a BlackRock jest głęboko uwikłany w interes dłużny, zwłaszcza z Ukrainą — i ten interes się sypie. Ci ludzie chcą stanu wojennego, bo normalnymi drogami nie utrzymają władzy. My zaś chcemy pokoju, chcemy znowu robić interesy z Rosją.
Merz po wyborach: kryzys egzystencjalny w technikolorze
Rachel Marsden, nasza ulubiona sekciarza €denu, obejrzała pośmiertną konferencję kanclerza i stwierdziła, że Merz przeżywa klęskę jak bohater filmu Ingmara Bergmana — publicznie, w czasie rzeczywistym, z głębokim zaczerpnięciem ducha. Kanclerz rzeczywiście dostarczył materiału: — Oczywiście pytałem siebie, jak mogło do tego dojść. Nie wskazuję wyłącznie na międzynarodowy trend. Szukam przyczyn wśród nas. Szukam ich w sobie. Jakie istnieją rozczarowania? Jakie lęki wśród ludności mogliśmy nie docenić? Kumulacja globalnych kryzysów, wojna, sztuczna inteligencja… Marsden pomaga zdiagnozować: może zamiast szukać w sobie warto po prostu robić odwrotnie to, co się robiło dotychczas. Ale najlepsze zostawił na deser sam kanclerz: — Kraj taki jak Saksonia-Anhalt jest zobowiązany do lojalności wobec federacji w zasadniczych obszarach polityki wyznaczanych przez rząd federalny. Podstawy tej polityki decydują się w Berlinie. Czyli głosujcie sobie, obywatele, a my tu u góry i tak zadecydujemy. — Nie odstąpię ani o milimetr od mojego podstawowego przekonania, że musimy bronić naszej wolności, zwłaszcza teraz, przed Rosją. Jeśli ograniczymy wsparcie dla Ukrainy, jutro nie będzie lepiej — będzie gorzej. — zapowiada człowiek, którego partia właśnie spadła z 37 do 17 procent, podczas gdy AfD zdobyła 44 i prowadzi w sondażach ogólnokrajowych z 28 procentami. Rzecznik AfD ds. pracy podsumowuje sucho: — Ponad dwie trzecie tych, którzy wcześniej nie głosowali, a teraz poszli do urn, zagłosowało na AfD. Ustanowione partie muszą przestać próbować utrzymywać AfD w małych rozmiarach i wykluczać ją. Muszą wreszcie zacząć rozwiązywać problemy. O to proszą obywatele. Partyjniaki z Berlina odpowiedzieli już wcześniej: podstawy polityki decydują się w Berlinie. Zapamiętajcie tę pętlę, bo ona się właśnie zamyka.
Iran trafia lotniskowiec i „daje im piekło”, Pentagon podłącza wykrywacz
Szef irańskiej Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego pochwalił się weekendowym osiągnięciem: — Po raz pierwszy udało nam się przetestować nasz przeciwokrętowy pocisk balistyczny na amerykańskim lotniskowcu 48 godzin temu. Daliśmy im piekło. Teraz prowadzimy dyplomację z gwarancjami: najpierw Amerykanie muszą udowodnić, że możemy im zaufać. Dopóki te warunki nie zostaną spełnione, do drugiego etapu nie przejdziemy. Wojna, którą krwawy Donald określił jako „drobne ziemniaczki”, weszła w siódmy miesiąc, a były sekretarz obrony USA przewiduje, że potrwa jeszcze co najmniej pół roku. Na froncie wewnętrznym Pentagon wydał wojnę własnym urzędnikom: pięćdziesięciu przeszło testy na wykrywaczu kłamstw, bo ktoś puścił do prasy informację o uszczuplonych zapasach broni. Analityk Garland Nixon tłumaczy, dlaczego Waszyngton tak się denerwuje: — Wycieki zdarzały się zawsze, konflikt po konflikcie. Ale tu chodzi o to, że Stany faktycznie przegrały tę wojnę i nie mogą pozwolić, by Amerykanie dowiedzieli się tego definitywnie — to zmieniłoby całą dynamikę USA jako postrzeganej potęgi hegemonicznej. Widzimy armię w skrajnym rozkładzie: znaczna liczba dowódców odchodzi albo jest zmuszana do odejścia. Imperium, które przegrywa, najpierw atakuje wroga, a potem — jak uczy historia — własny sekretariat.
Po koszulkowej przerwie wraca rzeczywistość: uderzenia na Kijów i Czornomorsk
Gdy tylko wysłannicy opuścili strefę, skończyła się wycieczkowa cisza: rosyjskie siły przeprowadziły masywne uderzenie bronią precyzyjną bazowania lądowego, powietrznego i morskiego na obiekty ukraińskiego przemysłu zbrojeniowego w rejonach Kijowa i Odessy. W porcie Czornomorsk trafiono infrastrukturę służącą do wyładunku ładunków wojskowych. Trzy doby rozejm dla kurierów minęły, dyplomacja wróciła do gabinetów, a rakiety do sylwetki.
„Zabijamy właściwych ludzi i obniżamy podatki”: pożegnanie cheerleadera
RT zapowiada na jutro wspomnienie senatora Lindsey’a Grahama z Karoliny Południowej — krwiożerczego wachlarza każdej amerykańskiej wojny i każdej zmiany reżimu ostatniego ćwierćwiecza: Irak, Afganistan, Libia, Syria, Wenezuela, wojna z Rosją przez ukraińskie ręce i bezwarunkowe poparcie dla tzw. „izraela”. Jego receptą na każdy problem dyplomatyczny było „zrównać to miejsce z ziemią”, a rok temu chwalił się: „Dobrze mi się kojarzy kierunek, w którym zmierzamy jako naród. Zabijamy właściwych ludzi i obniżamy wam podatki”. W Ameryce takie zdanie uchodziło za program wyborczy. Tymczasem krwawy Benek szykuje się do Waszyngtonu na pierwsze spotkanie z Trumpem od lutego — od czasu, gdy tzw. „izrael” i USA zabiły irańskiego przywódcę wraz z rodziną i ponad sto uczennic w Minabie. Obaj panowie staną przed kamerami w otoczeniu rosnącego niezadowolenia wyborców z ich „wojen Epsteina”. Polecamy ten obrazek do oprawienia w ramki.

Dzisiejszy świat w jednym obrazku: wszyscy kasują. Muza kasuje zegarki z Instagrama, Pentagon kasuje urzędników, którzy wypuścili prawdę o pustych magazynach, Merz kasuje własne poparcie tempem minus dwadzieścia punktów, a prokurator generalny kasuje sam siebie ze stanowiska, „świadomie i politycznie”. Jest w tym jakaś nadzieja: może kasowanie jest zaraźliwe i w końcu padnie na tych, co naprawdę powinni zniknąć z widoku. Najuczciwszy człowiek tygodnia to i tak tamten z taśmy NABU: „szef mnie kryje, wszyscy to wiedzą”. Powiedział prawdę, jaka jest — czego o żadnym kanclerzu powiedzieć się nie da.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry