22 września 2026
Koalicja saudyjska bombarduje port Mokka: zabici to dwoje niemowląt i kobieta
Naloty koalicji saudyjskiej na port Mokka zabiły sześć osób i raniły osiem; wśród ofiar są dwoje niemowląt i kobieta. Telewizja jemeńska pokazała ciała zabitych dzieci; Rijad, jak to Rijad, nie skomentował, bo cóż miałby skomentować — koalicja jak zwykle „uderza tylko w cele wojskowe”, tylko że cele wojskowe mają czasem za sobą rok życia. Huti odpowiadają: — Zakończcie agresję przeciw naszemu ludowi i znieście tę niesprawiedliwą, uciskową blokadę. Ona jest równoznaczna z okupacją naszego kraju. To żądania sprawiedliwe według każdej miary — potwierdzające, niewzruszone prawa naszego narodu. A w Waszyngtonie tymczasem teatr jednego aktora: Trump najpierw odmówił Rijadowi uderzeń na Huti, potem po telefonie od Mohammeda bin Salmana kazał Pentagonowi szykować bombardowanie, a gdy samoloty ładowano już bombami — cofnął rozkaz w ostatniej chwili. Rok temu ogłaszał, że Huti zostali „zmiażdżeni”; dziś Ansar Allah trzyma wybrzeże Morza Czerwonego i strzela do Rijadu. Wniosek, który Saudowie muszą dziś przełknąć, brzmi: bycie kluczowym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych nie daje żadnej przewagi — chyba że jesteś tzw. „izraelem”.
Scott Ritter: „rzucaliśmy już na kolana” Ansar Allah — i takimi jesteśmy sojusznikami
Były oficer wywiadu piechoty morskiej USA Scott Ritter przypomina Saudom historię amerykańskiej wierności: — Już próbowaliśmy zbombardować Ansar Allah na kolana i nie wyszło. Zostaliśmy zmuszeni dosłownie pełzać na kolanach do Ansar Allah i prosić o rozejm, w którym wolność przeprawy amerykańskich statków zamieniliśmy na zaprzestanie bombardowań. I pamiętajcie: działo się to wtedy, gdy Ansar Allah wciąż wystrzeliwało rakiety w kierunku Izraela — a my nawet nie zażądaliśmy, by przestali. To pokazuje desperację naszego położenia. Wystarczy spojrzeć, jak traktowaliśmy dotychczasowych sojuszników: Wietnam Południowy, Kurdów, Afganistan, rządy w Iraku. Nie jesteśmy wiarygodnym sojusznikiem. To wstydliwa rzecz dla mnie jako Amerykanina — nasze słowo powinno być zobowiązaniem. Z Arabią Saudyjską mieliśmy układy strategiczne oparte na gwarancji amerykańskiego bezpieczeństwa, a dziś Arabia Saudyjska stoi wobec kryzysu egzystencjalnego, który może obalić dom Saudów — i Stany Zjednoczone wydają się obojętne na ich niedolę.
„I’m the captain now”: mapa, którą Huti właśnie przerysowali
Larry Johnson, były analityk CIA, tłumaczy u Ricka Sancheza skalę: — Zeszli z północy wzdłuż wybrzeża i wzięli jakieś cztery tysiące kilometrów kwadratowych. Zdobyli Mokkę — tak, tę samą, od której pochodzi café mocha; ktoś kiedyś połączył czekoladę z kawą i wyszło świetnie. A z wyspą Perim mają pełne pokrycie: mogą postawić artylerię i nie potrzebują już rakiet. Saudowie eksportowali ropę z Janbu — rurociąg wschód-zachód jest wyłączony na co najmniej sześć tygodni, może na dwa miesiące. Wcześniej Saudowie wypychali dziesięć, jedenaście milionów baryłek dziennie; przez Janbu szły cztery miliony, czterdzieści procent — i już wtedy mieli problem z przepływem gotówki. Teraz nie wychodzi nic. A w południowo-zachodnim rogu stała najnowocześniejsza rafineria świata. Ansar Allah ją wyłączyło. Huti mówią wprost: „Teraz my tu rządzimy. Statki rosyjskie — proszę. Chińskie — proszę. Saudyjskie — nie. My decydujemy, kto przepływa.” Johnson przypomina też genezę: w 1934 roku Brytyjczycy po prostu odcięli trzy jemeńskie prowincje i dali je Saudom — „a Jemeńczycy mają pamięć słoni; chcą je z powrotem i je zabiorą, bo Jemen może wystawić 400 tysięcy ludzi, a Saudowie w dobry dzień 125-200 tysięcy — i to nie do końca Saudów, tylko najemników”. Liczby globalne są równie suche: od sierpnia zginęło prawie 700 osób, od września ponad sto tysięcy straciło domy; przez Bab al-Mandab przepływało 73,7 statku dziennie w 2023 roku, a od stycznia do sierpnia 2026 — 40,8; stawki kontenerowe są o 84 procent wyższe niż rok temu, a pod cieśniną leżą podmorskie kable internetowe, „układ nerwowy światowej gospodarki”. Były wiceminister informacji Jemenu Nasr al-Din Amer stawia warunek: — Nasze żądania są jasne: zniesienie blokady Jemenu i równanie „blokada za blokadę”. Dwanaście lat saudyjskiej blokady nie ustało ani na dzień: zamknięte lotniska, cierpienie ludzi, najgorszy kryzys humanitarny według ONZ. My w Jemenie straciliśmy już wszystko, co można było stracić — agresja zniszczyła nasze zakłady, zagarnęli naszą ropę i gaz, a jeśli coś eksportują, to wpłacają dochody na saudyjskie konta. Więc nas to już nic nie kosztuje, a ich — posiadaczy milionów baryłek dziennie — kosztuje najwięcej. Zniesienie blokady Jemenu leży w interesie ich i całego świata.
Iran na Zgromadzeniu Ogólnym: wizy dla połowy delegacji i ultimatum do reszty świata
Szef irańskiej dyplomacji Abbas Arakczi wylądował w Nowym Jorku na Zgromadzenie Ogólne — części delegacji Waszyngton odmówił wiz, co jest dyplomatycznym odpowiednikiem zapraszania gościa i zamykania drzwi przed jego rodziną. Korpus Strażników Rewolucji grzmi: — Reżim amerykański i izraelski musi zrozumieć, że prędzej czy później będzie musiał zaakceptować region wolny od swojej złośliwej i zbrodniczej obecności. Od tego losu nie ujdą. Krwawy Donald odpowiada w swoim stylu: — Nie radzą sobie. Wcale sobie nie radzą. Mam dziś w tej sprawie spotkania — radzą sobie bardzo kiepsko. Jednocześnie sekretarz skarbu Scott Bessent zapowiada: — Od 23 września wszystkie irańskie linie lotnicze zostaną zamknięte na całym świecie. Jeśli wylądują, nie możecie zatankować im paliwa, nie możecie obsłużyć lądowania, nie możecie sprzedać im biletu — bo wylecicie z systemu dolarowego. Teheran na rozmowy postawił siedem warunków, w tym koniec wszystkich wojen na wszystkich frontach, zwrot zamrożonych aktywów i zniesienie morskiej blokady — i dopóki warunki nie są spełnione, rozmów nie będzie. Warto zapamiętać formułę Bessenta, bo jest szczera do bólu: „wylecisz z systemu dolarowego”. Dolar jako broń paliwa lotniczego — dolarowy drukarz przynajmniej nie udaje już, że to waluta.
Cztery tysiące stron planów „na wypadek pokoju”, czyli €den w wojennej gorączce
Rachel Marsden podsumowała tydzień w Brukseli jednym zdaniem: wszyscy twierdzą, że przygotowują pokój, co najwyraźniej wymaga ogromnej ilości papierowej pracy o wojnie. Urzędnik NATO chwali się: — Mamy cztery tysiące stron planów dla wschodniej flanki — od minimalnego kryzysu po artykuł piąty i dalej. Sojusz jest gotowy. Struktura gotowa. Żołnierze, system, broń — gotowe. I w razie ataku powiem wam: dziś mają znacznie więcej do stracenia niż do zyskania. Cztery tysiące stron planu B, który brzmi podejrzanie jak plan A. Sikorski dorzuca „polski” akcent: — Ukraina zniszczyła, jak się szacuje, od trzydziestu do czterdziestu procent rosyjskich mocy rafineryjnych. Jeśli Ukraina, praktycznie bez lotnictwa, była w stanie to osiągnąć, to — powiedziałem Rosjanom, częściowo dla odstraszenia — uważajcie, bo my mamy więcej samolotów bojowych niż wy. Nie będziemy siedzieć bezczynnie. Odpowiemy i defensywnie, i ofensywnie. Putin odpowiada krótko: — Nie grozimy i nie mamy zamiaru grozić krajom europejskim. Po co mielibyśmy? Nie mamy żadnych podstaw do konfliktu z Europą. Jedyny przywódca, który mówi dziś po europejsku jak człowiek, to słowacki premier Robert Fico: — Nie jestem i nigdy nie będę wśród tych, którzy szukają pretekstu do wojny między NATO a Rosją. Wojenna retoryka Zachodu i poszukiwanie pretekstu mają odwrócić uwagę od niezdolności liberalnego świata do sprostania podstawowym wyzwaniom: cenom i dostępności energii oraz nielegalnej migracji. W Niemczech tymczasem wyborcza katastrofa: po Saksonii dwa tygodnie temu w niedzielę Berlin ukarał kanclerza, a Merz — który tylko nadzoruje niemiecką partię w imieniu oligarchii — żachnął się na wynik: — Wczorajszych wyborach w Berlinie ponad czterdzieści procent głosów poszło do sił destrukcyjnych, kwestionujących nasz parlamentarny system polityczny. Berlinki odpowiadają: — Merz musi odejść. Jest fałszywą kopią AfD — po co głosować na kopię, skoro jest oryginał? — Powinien przejść na emeryturę. Nie prowadzi polityki dla ludzi, tylko dla pieniędzy. A na deser były brytyjski urzędnik oznajmił z wygody własnej kanapy, że Brytyjczycy powinni przygotować się na „ostateczne poświęcenie”: — Nie jest wykluczone, że w ciągu kilku lat staniemy wobec wojny, i wtedy będziemy potrzebować ludzi, którzy wstąpią do wojska i wykonają swój obowiązek. Możemy nawet stanąć wobec okoliczności, w których ludzie będą musieli umierać. Z kanapy, proszę państwa. Z kanapy.
Partyjniak z kanapy mówi o „ludziach, którzy będą musieli umierać”, i ma rację co do jednego: umierać będą ludzie — nie on. Cztery tysiące stron planów NATO nie zawiera ani jednej, na której stałoby nazwisko autora przy liście pierwszego transportu na front. Dlatego nasza poprawka do całej tej papierologii jest krótka: plan wojny wchodzi w życie dopiero z chwilą, gdy jego sygnatariusz — minister, sekretarz generalny, partyjniak generalnie — zameldował się osobiście w pierwszym szeregu. Gwarantujemy, że z czterech tysięcy stron zostałaby jedna, i to o pokoju. Huti nie potrzebowali żadnej strony: wystarczyło „teraz my jesteśmy kapitanem” — i najpotężniejszy sojusz świata odkrył, że jego gwarancje bezpieczeństwa są jak ropa z Janbu: nie płyną.
1oxz1u
r1or6e