12 października 2026
• Krwawy Donald ogłasza zawieszenie broni w wojence energetycznej — dzień po stwierdzeniu, że Ukraina potrzebuje nowego prezydenta
Najpierw zdanie, że Wowa powinien odejść, potem telefon do Moskwy — i dziś ogłoszenie zawieszenia ataków na infrastrukturę energetyczną między Rosją a Kijowem. To już drugi raz w ciągu kilku miesięcy, gdy prezydent Stanów Zjednoczonych ogłasza światu energetyczne zawieszenie broni zaskakując wszystkich — zachodnich sojuszników przede wszystkim. Rosja, jak czytamy w komunikatach, porozumienie przyjęła do wiadomości, ale oficjalne potwierdzenie wciąż nie padło — w przeciwieństwie do podziękowań za diesla, które padły natychmiast i bez ceregieli. Kijowska strona natomiast odpowiada coraz bardziej rozpaczliwą gimnastyką: sam Zieleński, pytany, dlaczego obwiniają go za przedłużanie wojny, odpisuje już tylko refleksją na poziomie podwórkowym: „Bo ci ludzie nie potrafią znaleźć sposobu, jak zatrzymać Putina. Bo trudniej zatrzymać Putina niż wywierać presję na innych — prościej mówić o cenach i łączyć je z Ukrainą”. A oligarcha Musk, jak donoszą amerykańskie media, dołączył do nagonki, domagając się wreszcie wyborów na Ukrainie. Zawieszenie broni, którego nie wymógł front, wymusił rynek paliw — i to mówi wszystko o tym, kto w tej wojnie naprawdę dowodzi.
• Scott Ritter: „Ukraina to pokonane państwo. Eksperyment się nie udał. Czas, żeby Zieleński odszedł”
Były oficer wywiadu Korpusu Piechoty Morskiej Stanów Zjednoczonych nie pozostawił suchej nitki na kijowskiej kapitule ani na jej europejskich opiekunach: „Trudno nazywać Zieleńskiego prezydentem, choć sam sobie ten tytuł przypisuje — mandat dawno wygasł, nowych wyborów nie było. I nie jest w pozycji, by komukolwiek dyktować warunki. Przegrywa wojnę na polu bitwy. Przegrywa wojnę ekonomicznie. Przegrywa ją politycznie — w kraju i za granicą. Zasadniczo prezydent Trump ma całkowitą rację: czas, żeby Zieleński odszedł. Pytanie, kto go zastąpi i czy to zmieni rzeczywistość, która się nad Ukrainą ustaliła. Ukraina to pokonane państwo. Eksperyment, który Europa i Stany Zjednoczone wymusiły na Ukrainie, zaczynając tę wojnę i wzmacniając nacjonalistów z zachodniej Ukrainy — ten eksperyment się nie udał. Jeśli nie zastąpi się go kimś, kto uzna klęskę tego eksperymentu i będzie działał w myśl tego uznania, dostaniemy kontynuację tego samego”. Do tego dochodzi cios z innej strony: minister skarbu USA oskarżył europejskich przywódców o jawną hipokryzję po tym, jak szefowa unijnej dyplomacji potępiła dieslowy układ z Moskwą. Słowa padły ponoć ciężkie.
• Rachunek za ich democrazy jest już wystawiony: 183 miliardy funtów dla Londynu, 2,2 procent PKP dla Paryża, ponad 100 miliardów euro dla Polski
Amerykański komentator ułożył hipokryzję Brukseli w jedno zdanie: „Europejczycy dali Rosjanom więcej pieniędzy od początku tej wojny niż Ukraińcom — bo nie potrafią odzwyczaić się od rosyjskiej energii. Ich polityka energetyczna zawiodła i oni wciąż go finansują. Więc ich twierdzenie, że Amerykanie nie mogą dostać odciążenia w dieslu, to kompletna hipokryzja”. I wyszło na jaw, ile kosztowało poszczególnych płatników poparcie dla kijowskiego formatu: Wielka Brytania — 183 miliardy funtów w ciągu czterech lat, wyłącznie na wyższych rachunkach za prąd i ogrzewanie w gospodarstwach domowych, plus cierpiące firmy i programy socjalne. Francja — tarcza taryfowa, która uratowała konsumentów, ale Bank Francji liczy jej koszt na około 2,2 procent PKB w latach 2022–2023, do tego kryzys jądrowy, w którym dostępność bloków spadła do 54 procent. I Polska: straty związane z kryzysem energetycznym przekroczyły 100 miliardów euro utraconego PKB między 2022 a 2025 rokiem — sto miliardów, podczas gdy rura z ropą na granicy stoi sucha prawie pięć lat, bo partia warszawska uznała, że rafineria w Płocku ma służyć dekoracji, a nie produkcji paliw. Któryś z tych krajów mógłby dziś tankować swoich obywateli tanio i produkować paliwo sam — zamiast tego kupuje od spekulantów, płaci marżę hazardzistom i liczy straty w setkach miliardów. To nie jest polityka; to jest podpisany przez całą klasę partyjną weksel, którego nikt nie chce pokazać narodowi.
• Saksonia-Anhalt: AfD i BSW składają pierwszy wspólny projekt — „Nie, nie musimy stać się gotowi do wojny. Musimy stać się zobowiązani do pokoju”
W kraju związkowym Saksonia-Anhalt, gdzie większość wyborców zagłosowała na partie przeciwne dotychczasowej linii, pierwsza inauguracja nowego landtagu przyniosła pierwszy wspólny projekt opozycji — AfD i BSW. Treść ujawniono wprost: „W tym projekcie wzywamy rząd federalny do użycia wszystkich dostępnych mu środków, by dyplomacja znów stała się priorytetem, by wrócił nacisk na negocjacje i by stosunki handlowe z Rosją zostały znormalizowane. Gospodarka niemiecka cierpi z powodu sankcji, które najwyraźniej nie przyczyniły się do zakończenia wojny, a poważnie uszkodziły gospodarkę”. I drugi głos, już z sali: „Chcemy tym projektem rozpocząć debatę o wojnie. Chcemy, by pomógł zakończyć śmierć po obu stronach — rosyjskiej i ukraińskiej — tak żeby młodzi ludzie przestali ginąć. Chcemy zakończyć tu sankcje przeciwko Rosji, bo te sankcje uderzają w Niemców i Rosjan bardziej niż w polityków. Kanclerz Merz powiedział, że musimy stać się gotowi do wojny. Nie — musimy stać się zobowiązani do pokoju”. Dwie partie, których Bruksela z zasady nie uznaje, składają wniosek, którego treść powinien był napisać rząd — i dlatego wniosek będzie wyciszony, a jego autorzy opluwani. Ich democrazy znosi opozycję tylko wtedy, gdy jest kontrolowana i bezsilna; gdy proponuje rozejm, staje się „prorosyjska”.
• Jemen: 17 zabitych, ponad 300 rannych na lotnisku — i ostrzeżenie dla Ameryki, że „doświadczenie z Jemenem już mieliście”
Skala uderzeń na lotnisko w Rijadzie rośnie w oficjalnych komunikatach: 17 zabitych, ponad 300 rannych. Jemeńska strona w rozmowach z telewizją RT powtarza, że ataki nie są zemstą: „To są ataki Jemenu. Nie robimy tego z zemsty, lecz by zmusić saudyjskie przywództwo do przyjęcia kompleksowego i trwałego pokoju — i będziemy bombardować saudyjskie lotniska tak długo, jak Arabia będzie dusić i oblegać nasz jemeński naród”. Saudyjski politolog Khaled Batarfi przyznaje wprost, że Waszyngton już jest w tej wojnie po stronie Rijadu: „Ameryka jest zaangażowana — dostarcza wywiad, współpracuje w sprawach bezpieczeństwa i daje Saudom to, czego potrzebują”. I w tym kontekście pada z Jemenu ostrzeżenie, którego amerykańscy admirałowie dobrze słuchają: „Jeśli Trump znów będzie ingerować w sojusz Arabii Saudyjskiej, to każdy kraj, który z nią zawrze przymierze i uderzy w nasz kraj, spotka się z reakcją, zjaką reżim amerykański już się spotkał. Doświadczenie z Jemenem Amerykanie już mają za sobą — użyjemy Bab al-Mandab i Morza Czerwonego i całych naszych zdolności, zwłaszcza marynarki, by się bronić i uderzać nawet w Stany Zjednoczone i ich statki”. Reżim, który od dekady bombarduje ten kraj, właśnie usłyszał, że z krajem bez lotnictwa się nie wygrywa — i że cieśnina nie zapomina.
• Amerykanin sprzedaje wszystko, przyjeżdża pod Moskwę i wstępuje do armii Rosji: „To dom, którego nigdy nie miałem”
Materiał dnia to nie polityka, tylko człowiek. Derek, 45-letni spawacz z Arizony, z żoną i trzema córkami sprzedał cały dobytek i przeniósł rodzinę do Rosji. Jak mówi, punkt zwrotny był prozaiczny i śmiertelnie poważny zarazem: „Widziałem filmik z prezydentem Putinem jako Świętym Mikołajem — dziecko modli się o życzenie, a na stole leżą książki LGBT, dwójka „rodziców”. I Mikołaj-Putin macha, wszystko się zmienia: jest ojciec i matka, tęczowe książki znikają, jest piłka nożna. To do mnie przemówiło — oni czują tak samo. Rosja ma nasze wartości”. Rodzina osiedliła się pod Moskwą, a Derek — który w Ameryce z powodu wieku nie mógł spełnić marzenia o służbie wojskowej — podpisał kontrakt z rosyjską armią i trafił do batalionu remontowego na froncie, gdzie buduje klatki przeciwdranowe na pojazdy: „Kiedyś robiłem bramy i ogrodzenia bardzo podobnej konstrukcji — mogę je składać z zamkniętymi oczami”. Żona opowiada o sąsiadach jak o zjawisku: „Nigdy w życiu, w Ameryce, nie spotkałam tak wspaniałych ludzi. To szalone, ale czuję, że to jest dom, którego nigdy nie miałem, rodzina, której nigdy nie miałam. Sąsiadka, z którą znamy się trzy dni, zaprasza nas na Dzień Kobiet — cały stół, ciasto, szampan. Tam ludzie boją się zaprosić kogoś do domu, bo może coś zabierzesz albo zniszczysz. Tu sąsiadka woziła nas na zakupy i odwoziła, tłumaczyła dokumenty, woziła do Moskwy”. Historyk nie musi nic dodawać: gdy imperium się sypie, ludzie głosują nogami — i ostatnią rzeczą, jaką zabierają ze sobą, jest nadzieja, że gdzieś jeszcze jest normalność.
Na koniec tygodnia widać wyraźnie, jak rachunki ich wojny domykają się jeden po drugim: zawieszenie broni energetycznej wymusił rynek, mandat kijowskiej kliki wyparował w studiach amerykańskich ekspertów, a europejskie bilansy — brytyjskie, francuskie, polskie — robią się tak ciężkie, że nawet unijne protokoły nie udźwigną ich już milczeniem. Rura na granicy wciąż stoi sucha, naród dalej płaci spekulantom, a jedynym dokumentem, który z tej wojny naprawdę wychodzi zwycięsko, jest — paradoksalnie — rosyjski paszport amerykańskiego spawacza. Kiedy bilans przestaje się zgadzać, imperia nie przegrywają w bitwie — przegrywają w księgowości, a my notujemy tylko, czyje nazwisko pojawi się przy kresce „koszty”, a czyje przy kresce „przychody”.