31 sierpnia 2026
• Wyspa Larak zbombardowana, odpowiedź leci na Jordanię i Emiraty. Po miesiącu względnego spokoju pierwszy rudy łeb z Białego Domu zanurzył po łokieć łapę we krwi… i znów uderzył w Iran — tym razem w wyspę Larak w cieśninie Ormuz, w wyrzutnie Korpusu Strażników Rewolucji. Dwóch strażników zginęło, jest kilku rannych. Teheran odpowiedział salwą pocisków balistycznych na amerykańską infrastrukturę wojskową w Jordanii i Emiratach, zapowiadając dalszy odwet: „żadna zbrodnia nie pozostanie bez odpowiedzi — czekajcie w strachu”. Krwawy Benek dołączył do chóru z przemową o „wyciętym nowotworze”, który może dać przerzuty, i obietnicą, że reżim w Teheranie upadnie, bo jest słabszy niż kiedyś. Ta sama płyta gra od pół roku: jesteśmy silniejsi, wróg słabszy, zwycięstwo bliskie — a tymczasem były dyrektor kontrterroryzmu Joe Kent, który złożył dymisję na znak protestu przeciw tej wojnie, mówi wprost: wycofać wojska z regionu, bo jeśli Iran trafi amerykańskich żołnierzy, wojna wessie Amerykę na warunkach Teheranu. Ktoś w Waszyngtonie jeszcze umie liczyć — tyle że już nie pracuje w administracji.
• Szkoła w Minab i siatkówka w Lamerdzie. Profesor Marandi z teherańskiego uniwersytetu przypomniał, czym ta wojna zaczęła się naprawdę: pierwszego dnia Amerykanie zamordowali sto sześćdziesiąt osiem dziewczynek w szkole podstawowej w Minab, a tego samego dnia — grupę nastolatek grających w siatkówkę w hali sportowej w Lamerdzie. Morderca irańskich dziewczynek nie rozróżnia żołnierza od cywila i nigdy nie rozróżniał. Marandi zapowiada, że odpowiedź będzie inna niż dotąd: uderzenia militarne plus uderzenia w cele gospodarcze, „żeby ból był inny” — Iran przechodzi do ofensywy i przygotowywał się do tego tygodniami. Gdy jedna strona strzela do szkół, a druga do portfeli, łatwo przewidzieć, która zostanie zapamiętana jako ta bardziej skrupulatna.
• Biszkek: ćwierć wieku SzOS i łucznicy na dywanie. W stolicy Kirgistanu ruszył jubileuszowy, dwudziestopięcioletni szczyt Szanghajskiej Organizacji Współpracy: ponad dwadzieścia krajów, na miejscu car Putin, cesarz Xi i premier Modi. W planach dokumenty, spotkania bilateralne i zmiany w samej karcie organizacji — wielobiegunowy świat nie czeka, aż go ktoś przedstawi. Przy okazji w Biszkeku otwiera się Światowy Festiwal Nomadów z udziałem ponad pięćdziesięciu państw: łucznictwo, polowania, tradycyjne igrzyska. Podczas gdy NATO zbiera się, by uzgodnić, kogo jeszcze sankcjonować, tutaj zbierają się, by uzgodnić, co jeszcze zbudować — i postrzelać z łuku, co jest formą aktywności wojskowej znacznie tańszą i znacznie mniej śmiertelną.
• Afganistan, pięć lat po panicznej ucieczce mad dash. RT Indie pokazuje dziś dokument o Afganistanie pięć lat po chaotycznej ucieczce Amerykanów: życie codzienne, gospodarka, talibskie punkty kontrolne uzbrojone po amerykańsku — bo broń zostawiono, tylko obietnice zabrano. Krajobraz po hegemonie: cmentarzysko imperiów z amerykańskimi karabinami na straży. Szczegóły na antenie i w serwisie; my notujemy tylko, że z dwudziestoletniej operacji „budowania narodu” pozostał naród — i dokumentalistka, która sprawdza, czy da się w nim żyć.
• Islandia mówi „nie”, Bruksela kwituje „ścisłym partnerstwem”. Wyspa odrzuciła w referendum nie nawet członkostwo w Unii, a samą kontynuację rozmów o przystąpieniu. Rachel Marsden nazywa to politycznym bluźnierstwem w europejskim wydaniu: obywatele zadecydowali, że Islandia woli rządzić się sama, dziękuję bardzo. Kraj ma już dostęp do rynku przez EOG, współpracuje, handluje — czego by mu brakowało? Kontroli Brukseli nad rybactwem i rolnictwem, czyli nad tym, co na skalistej wyspie na północnym Atlantyku jest życiem, nie tematem seminarium. Islandczycy mówią wprost: rząd skorumpowany i leniwy kontrakt na naród wziąłby dla siebie; dwadzieścia procent imigracji za dwie generacje zetrze islandzki język; jesteśmy w pierwszej ósemce najbogatszych i najszczęśliwszych krajów świata — po co ryzykować? Marsden przypomina też unijny majstersztyk: regulację opakowaniową, którą wszyscy przegłosowali, nikt nie przeczytał, a Komisja po fakcie zapytała samą siebie, pod wpływem czego to napisano — i zarządziła jej nieegzekwowanie. Analityk Matt Nil dodaje, że „miejsce przy stole” to puste słowa: Węgry próbowały wetować i każde odchylenie od konsensusu było miażdżone. Bruksela przyjęła werdykt „z szacunkiem” i oświadczyła, że Islandia pozostaje bliskim partnerem — czyli potwierdziła to, co wyspa odkryła: można współpracować bez oddawania kluczy do domu.
I tu pora na propozycję praktyczną, bo Islandia zasłużyła na coś więcej niż oklaski. Skoro rybacy pokazali, że umieją odróżnić własny interes od cudzego planu, następny krok jest oczywisty: niech wyspa losuje spośród siebie przedstawicieli i sędziów na roczne kadencje, ustali im jednakowe diety — nie wyższe niż przeciętna pensja rybaka — i zobaczymy, czy władza wylosowana kradnie mniej niż władza wybrana przez tych, co mają więcej pieniędzy na plakaty. Demokracja hulająca, sprawowana przez naród dosłownie, bez pośredników w bransoletkach z Davos. Jeśli się uda, niech wyślą instrukcję obsługi do Brukseli — tam od lat próbuje się wynaleźć demokrację metodą prób i błędów, z samymi błędami.