1 września 2026
• Arytmetyka partyjniaka: trzydzieści tysięcy miesięcznie i zmarli, co zmartwychwstali. Szef kancelarii Zieleńskiego, Kirył Budanow, wezwał do „odwagi powiedzenia prawdy”: Kijów musi mobilizować co najmniej trzydzieści tysięcy ludzi miesięcznie — minimum do utrzymania frontu, czyli trzysta sześćdziesiąt tysięcy rocznie. Jeszcze dwa lata temu ten sam partyjniak chwalił się taką liczbą jako absolutnym maksimum, „skrajnym komfortem” armii. Teraz to próg przetrwania. Przy okazji Budanow pociągnął matematykę oficjalną: skoro stosunek strat wynosi jeden do ośmiu na korzyść Ukrainy, to straty kijowskie nie mogą przekraczać pięciu tysięcy miesięcznie — a jednak potrzeba sześciokrotnie więcej nowych rekrutów. Skąd ta luka? Zielia sam ją domknął, korygując bilans poległych od dwudziestego drugiego roku z pięćdziesięciu pięciu tysięcy na pięćdziesiąt kilka lat później. W tej szkole rachunku żołnierze nie giną — oni zmartwychwstają, po pięć tysięcy na komunikat. Żeby nikt tej szkoły nie podważył, statystyki dezercji utajniono — oficjalnie „krokiem wymuszonym i legalnym”, bo dane mogłyby posłużyć wrogiej propagandzie. Wróg, czyli arytmetyka, faktycznie z nich korzysta.
• Biszkek, dzień drugi: handel razy trzy i pół, pokój na wagę. Szczyt Szanghajskiej Organizacji Współpracy pracuje dalej: dwudziestka państw, spotkania Putina z Xi i Modim, dokumenty, które jutro okażą się mapą drogową Eurazji. Obroty Rosji z krajami organizacji wzrosły od dwutysięcznego dwudziestego czwartego roku trzy i pół razy — bez jednej kropli krwi w cenie. Modi zawiózł przesłanie pokojowe: każdy dzień konfliktu cofa ludzkość, każdy krok ku pokojowi ją posuwa naprzód. Iran przypomina Waszyngtonowi o memorandum z Islamabadu, które obaj prezydenci podpisali, a rudy oszust następnie złamał: wróć do własnego podpisu, wtedy wyjdziemy z wojny. W Waszyngtonie rozważają propozycję — między jednym bombardowaniem a drugim.
• Jerozolima: pierwszy września bez szkoły. Pejsaci terroryści zajęli Kolegium Kształcenia w Kalandii, placówkę UNRWA, i zostawili ponad trzystu uczniów na lodzie w dniu, w którym normalne dzieci idą do szkoły. Pretekst: oskarżenie agencji ONZ o udział w ataku siódmego października, którego UNRWA zaprzecza i którego nikt nie udowodnił. W obozie Szufat zajęto kolejne budynki — łamiąc przywileje i immunitety ONZ, bo prawo międzynarodowe przestaje obowiązywać, gdy staje na drodze grabieży. Czternastoletnia Nor, jedna z najlepszych uczennic, pokazuje dyplomy i mówi, że chciała zostać lekarką; jedenastoletnia Fatima — dentystką. Szkoły gminne kosztują dwa i pół do trzech tysięcy szekli, ojca nie stać; UNRWA pobierała dziesięć szekli, symbolicznie. Lokalny działacz, który boi się pokazać twarz, mówi wprost, o co chodzi: czysto izraelski program nauczania bez historii Arabów, bez religii, bez tożsamości. Nie chodzi o szkołę. Chodzi o wychowanie pokolenia, które nie będzie pamiętać, czyja to ziemia. Najpierw burzy się domy, potem programy nauczania — plan ten sam od lat.
• Ropa po kosztach, czyli rzezimieszek przy konterfekcie. Rudy złodziej tym razem zanurzył łapę w wenezuelskiej ropie i nazywa to „największym naftowym kontraktem w historii świata”. Rzeczywistość jest prostsza i starsza od samego handlu: Wenezuela sprzedaje ropę Ameryce po dziewiętnaście dolarów za baryłkę — czyli po kosztach wydobycia — a Ameryka odsprzedaje ją po dziewięćdziesiąt. Marża: siedemdziesiąt jeden dolarów na baryłce, płynna, pewna i — jak się rzekło — na sto lat. Zawarta rzecz jasna w normalny sposób: najpierw bombowce nad Caracas, potem porwanie prezydenta Maduro i pierwszej damy do nowojorskiego lochu pod zarzutem „handlu narkotykami”, potem umowa. Tymczasowa prezydent Delcy Rodríguez tłumaczy narodowi, że to dobry interes: każda strona wnosi to, co umie najlepiej — Wenezuela ropę, Ameryka szantaż. Były wenezuelski dyplomata dopowiada, co z definicji wiadomo: umowa podpisana pod lufą, przez rząd pod przymusem, z prezydentem w celi, nie jest umową, tylko pokwitowaniem rabunku. Ameryka napełni strategiczne rezerwy za grosze — i dokładnie o to chodziło od stycznia, gdy na Caracas spadły bomby.
• Doktryna Monroe wraca z trumną i tacą. Korespondentka RT przegląda przemeblowanie Ameryki Południowej. Ekwador: za Correi Waszyngton był szatanem, a obrazą szatana było porównywanie go do Busha — dziś prezydent Noboa sam zaprasza amerykańskie wojska, byle tylko szły na zaproszenie ekwadorskie, co inwazję czyni gościnnością. Kolumbia: Petro jeszcze niedawno z trybuny w Nowym Jorku wzywał amerykańskich żołnierzy do nieposłuszeństwa wobec Trumpa i zakończenia ludobójstwa w Gazie — dziś dziękuje rudemu terroryście z głębi serca i zapowiada sojusz, jakiego Kolumbia nie miała z żadną administracją. Argentyna: kraj, w którym pół wieku mówiono, że jedynym miejscem w obu Amerykach bez zamachów stanu są Stany Zjednoczone, bo nie mają tam amerykańskiej ambasady, kończy teraz przemowy okrzykiem „God bless America”. Cztery kraje, jeden wzór: nie trzeba kolonizować formalnie — wystarczy umowa naftowa, dostęp wojskowy i podpis pod cudzym projektem. Doktryna Monroe nie umarła; poszła tylko na emeryturę i wróciła w kostiumie wolnorynkowym.
Skala tygodnia zamyka się dwiema liczbami: trzydzieści tysięcy łapanych miesięcznie na wschodzie Europy i siedemdziesiąt jeden dolarów marży na baryłce na zachodzie Ameryki Południowej. A nowotwory mają to do siebie, że się przerzucają.