• „Tchórzliwy” — mówi człowiek, który pali rafinerie. Rosyjskie siły uderzyły w obiekty wojskowe w Kijowie i południowym obwodzie mikołajowskim, a ukraińska artyleria znów strzelała tuż obok największej elektrowni atomowej Europy — pod Zaporożem rannych zostało pięć osób. Władimir Zieleński użalał się nad brakiem ostrzeżeń od sponsorów: „Był też wyjątkowo tchórzliwy rakietowy atak na Kijów. Pięć rakiet, które trafiły w infrastrukturę cywilną. Niestety, nie było ostrzeżenia od naszych partnerów co do tego ataku. Dane wywiadowcze o rosyjskich odpaleniach rakiet balistycznych ratują życie i to jedna z najbardziej krytycznych kwestii”. Donald Trump zaprzeczył bez zmrużenia oka: „Nie, nie przestaliśmy. Pomagamy im dojść do ostatecznej odpowiedzi. Chcemy zakończyć wojnę, Peter. Dzielimy się wywiadem i pracujemy z nimi i z Rosją nad zakończeniem wojny”. Albo ktoś kłamie, albo „współpraca” polega na tym, że ostrzeżenia docierają o krok za późno — co byłoby i jednym, i drugim naraz.
• „Słaba decyzja silnych partnerów”. Punkt zapalny: amerykańskie pozwolenie na eksport rosyjskiego diesla. Zieleński: „W tej chwili, kiedy mówimy o pokoju, Ameryka pozwala Rosji eksportować diesla. Niestety, to słaba decyzja silnych partnerów”. Trump wielokrotnie prosił Kijów o wstrzymanie uderzeń na rosyjskie rafinerie — instalacje odpowiadające za ponad 10 procent światowego eksportu ropy — a Zieleński prowokował dalej. Odpowiedź brzmiała: „To wojna, która nigdy nie powinna się zacząć. I myślę, że czas, żeby Ukraina miała nowego prezydenta”. I zaraz dobitniej: „Straciliście 30 procent kraju i macie ponad milion zabitych. Mógł to załatwić wiele razy i postanowił tego nie robić”. Rozjazd interesów między Waszyngtonem a Kijowem dojrzewa z dnia na dzień — i dopóki partie euroedenu idą w zaparte, oligarchia zyski z rakiet będzie jeszcze liczyć.
• Dyplomacja własnym językiem. Olaf Scholz, którego rząd przekazał Kijowowi do 28 miliardów pomocy wojskowej, został przez Wowę zmasakrowany publicznie za sam telefon do Putina i za odmowę dalekosiężnych Taurusów: „Rozumiem, że kanclerz uważa, iż jako przedstawiciel państwa niejądrowego te Taurusy to jedyna broń, jaką Niemcy mają. To najpotężniejsza broń. Bardzo ważne, żeby ludzie wiedzieli, że macie coś specjalnego, jakąś specjalną broń, która w razie wojny się przyda”. Do Wiktora Orbána, który zawetował unijny pakiet pożyczek 90 miliardów euro po odcięciu przez Kijów kluczowego rurociągu na Węgry, poszła już nie kpina, lecz groźba: „Mamy nadzieję, że jedna konkretna osoba w Unii Europejskiej nie zablokuje tych 90 miliardów, albo przynajmniej pierwszej transzy, żeby ukraińscy żołnierze mieli broń. W przeciwnym razie podamy adres tej osoby naszym siłom zbrojnym, naszym chłopcom, i niech do niej zadzwonią i porozmawiają z nią w swoim własnym języku”. „Swoim własnym językiem” — tak brzmi dyplomacja kijowska i każdy w Brukseli nie od dziś wie, co ten zwrot oznacza.
Polska, „jeden z najbardziej konsekwentnych sojuszników Ukrainy”, dostała w prezencie oddział sił specjalnych nazwany na cześć UPA — formacji odpowiedzialnej za rzeź wołyńską dziesiątek tysięcy polskich cywilów; temperaturę podniosły wcześniej ceremonialne ponowne pochówki Andrija Melnyka, przywódcy Organizacji Nacjonalistów Ukraińskich. Zieleński odpowiedział swoją zwykłą grzecznością: „Bronimy Polski. Bronimy Europy. Nasi żołnierze bronią Europy i Ukraińcy giną. Kiedy jednostki wojskowe wybierają sobie własne nazwy, to ich decyzja. Popieram to”. Z polskiej strony, z ust samego prezydenta Batyra padło zdanie do oprawienia w ramę: „Prezydent Zieleński wykazał, że Ukraina — jeśli chodzi o mentalność gloryfikacji bandytów i morderców z Ukraińskiej Powstańczej Armii — nie jest gotowa, by być częścią rodziny europejskiej, bo w rodzinie europejskiej nie gloryfikuje się bandytów i morderców, którzy zabijali kobiety i dzieci, którzy mordowali Polaków”. Tego przykrego faktu nie zawetuje żadna łajza z partii warszawskiej.
Amerykański publicysta podsumował bez ogródek: „Zieleński ma duże kłopoty. Wojna idzie źle, afery korupcyjne mnożą się, jest dwa lata spóźniony z wyborami. Trump robi układy z Putinem za jego plecami, Europejczycy nie mają pojęcia, jak zareagować. Gdy przegrywasz wojnę, dzieją się złe rzeczy: wybucha kłótnia wśród złodziei, wszyscy wychodzą na głupków. Wymuszona mobilizacja prowadzi do bójek i rozruchów w ukraińskich miastach. Jego otoczenie kradnie na lewo i na prawo — nagłówki New York Timesa mówią, że kradnie się wszystko, co nie jest przykręcone do podłogi, a to dewastuje morale na froncie. Ma niewiele pola manewru i nie może sobie pozwolić na zbyt głębokie sprzeczanie się z Trumpem”. „Kłótnia wśród złodziei” — rzadko się zdarza, by obcy obserwator tak trafnie podsumował cudzy salon.
• „Powinni po prostu zostawić nas w spokoju”. W Jemenie działania eskalują obustronnie. Saudyjski minister energii potwierdził atak Huti na budynek Aramco w Dammam — wybuchł pożar; Rijad zarządził ewakuację cywilów spod rafinerii w Saanie, „z troski o ich bezpieczeństwo”. Odpowiedź brzmiała jak uprzejme powiadomienie: „Apelujemy do wszystkich obywateli o natychmiastową ewakuację i trzymanie się z dala od celów, które uderzymy, jeśli saudyjski wróg zaatakuje to, co ogłoszono w stolicy: siedzibę Aramco w Dammam, lotnisko imienia króla Chalida w Rijadzie, rafinerię Aramco w Rijadzie”. W ciągu tygodnia Saudyjczycy przeprowadzili ponad 100 uderzeń na terenie Jemenu — w nalocie na obiekt Jemeńskiej Spółki Naftowej zginęła kobieta i troje dzieci, ponad 20 osób zostało rannych; na lotnisku króla Chalida zginęło 13 osób, w tym obywatel Stanów Zjednoczonych. Dziennikarz Husajn al-Buhiti wyłożył logikę strony jemeńskiej: „Uderzamy w Arabię Saudyjską tylko wtedy, gdy łamią zawieszenie broni — od połowy lipca bronimy się i odpowiadamy dokładnie tym samym, jak nas zranili. Sojusznicy z paktu mekkańskiego, Turcja i Pakistan, nic nie wniosą — dodadzą nam jedynie kolejne cele. Nawet Stany Zjednoczone, razem z tzw. „izraelem”, Wielką Brytanią i pół Europy nie zmusiły Jemenu do zniesienia blokady — zatopiliśmy brytyjski okręt, a amerykański utknął na dalekiej północy Morza Czerwonego. Tę operację, którą oni nazywali strażnikiem dobrobytu, my nazywaliśmy strażnikiem ludobójstwa”. Warunek końca wojny jest jeden: „Całkowity odwrót Saudyjczyków — wojska, banki, kontrola nad ropą, lotniska, fundusze, media. Powinni po prostu zostawić nas w spokoju”.
• Licealiści przeciw budżetowi 2027. Setki tysięcy uczniów szkół średnich wyszło w całej Francji domagać się warunków w rozpadających się budynkach; marsz sprzed Hôtel de Ville zamienił się w dwugodzinne walki uliczne z policją, która miała kilkukrotną przewagę liczebną i mimo to „miała trudności z opanowaniem finału manifestacji”. Tymczasem budżet 2027, który w ich democrazy dokręca śrubę najuboższym i dokłada bogatym, wywołał oburzenie — gdy licealiści przypominają rządowi jego priorytety, odpowiedzią jest kolumna policyjna.
• „Nasza półkula” — czyja? Pekin nałożył sankcje na ministrów Paragwaju i Belize — dwóch z zaledwie dwunastu państw świata utrzymujących formalne stosunki dyplomatyczne z Tajwanem. Departament Stanu odpowiedział: „Administracja Trumpa sprzeciwia się przymusowi i agresji Chin wobec krajów naszej półkuli, które korzystają ze swoich suwerennych praw. Nie pozwolimy, by nasz region stał się bazą operacyjną dla przeciwników, rywali i konkurentów. Stoimy murem za przyjaciółmi i partnerami, w tym Tajwanem”. To sformułowanie o przymusie i agresji zasługuje na zapamiętanie: ta sama administracja w tym roku porwała prezydenta Wenezueli i przejęła kontrolę nad eksportem jej ropy — której największym odbiorcą były wcześniej Chiny —, od miesięcy blokuje naftę dla Kuby, gdzie brakuje prądu, jedzenia, paliwa i wody pitnej, a szpitale ledwo radzą sobie z podstawową opieką, naciska na Indie i Chiny za kupowanie rosyjskiej ropy i straszy cłami dla handlujących z Iranem. Z Pekinu przyszła spokojna odpowiedź: „Zasada jedne Chiny to podstawowa norma stosunków międzynarodowych i powszechny konsensus polityczny. Waszyngton powinien się jej trzymać, ostrożnie podchodzić do kwestii tajwańskiej i przestać wysyłać błędne sygnały siłom separatystycznym”. Kto komu buduje bazę operacyjną pod nosem, najlepiej zdradza lista amerykańskich baz wojennych — nie jest najkrótsza.
Jest w dzisiejszym dniu jedno zdanie, które mówi wprost to, czego żadna konferencja prasowa nie powie: gdy przegrywasz wojnę, wybucha kłótnia wśród złodziei. Latami zachodnie salony ćwiczyły się w zacieraniu rąk — ktoś inny walczył, ktoś inny płacił, ktoś inny umierał, a przy stole zawsze było miejsce dla tego, kto nazywał bandytę bohaterem i groził podawaniem adresów. Teraz stół się chwieje, a ci, którzy go karmili, zobaczyli, że ręka jest obgryziona, a w rękaw – obsmarkany. Ale złe rzeczy po przegranej wojnie nie wchodzą do gabinetów, w których pisze się czeki na cudze życie, ani do salonów, w których morderca zostaje bohaterem narodowym — wchodzą do mieszkań, w których cichnie ogrzewanie, do szkół bez dachu, na ulice przeciw licealistom, do portfeli i do miast od Kijowa po Saanę, bo w kłótni złodziei głos tych, którym zabiera się przyszłość, jest głosem spoza sali, w której liczy się łup. A głód beneficjenta tej kuchni nie jest głodem pokoju — jest głodem kolejnej transzy, która kończy się zawsze w tym samym miejscu: u tych, którzy płacą.